"Wstąpił ostrożnie na podest i przyjrzał się panelowi. Wyglądał dokładnie tak jak go w pierwszym momencie zinterpretował. Dokładnie wierna kopia tego, co było przed wejściem tutaj. Wyciągnął rękę, drżała, a on nie potrafił nad tym zapanować. Położył dłoń na panelu, wybrał intuicyjnie tę samą, której użył wcześniej do identyfikacji. Na panelu zaczęło się coś dziać. Przez jednolitą toń błękitu zaczęły przezierać białe punkty. Zupełnie jakby był pod tą barwą ukryty jakiś rysunek i teraz punktowo się powiększał. Cofnął dłoń i wpatrywał się nieruchomo w panel. Po kilku sekundach widniał już przed nim szkic klawiatury komputerowej. Nic poza tym, jedynie przyciski, które ze swojego życia zawodowego znał doskonale, łącznie z ich rozkładem, którym mógł się posługiwać nawet z zamkniętymi oczami. Jedyna różnica polegała na tym, że fizycznie go nie było, jedynie wyświetlany obraz klawiatury i nic więcej."

                                                                                                                  fragment

Karol ...

          Człowiek prosty, swobodny, skoncentrowany na sobie informatyk. Pewnego dnia sącząc piwo doznaje dziwnego uczucia. Przenosi się w świat dotąd sobie nieznany, ale niezaprzeczalnie upragniony. Okazuje się być cenionym specem z dziedziny IT, twórcą najnowszego wynalazku ludzkości z kochającą i piękną żoną u boku oraz bystry synkiem. Jego szef właśnie chce uczynić go wspólnikiem. Otaczają go przyjaciele, a pieniądze zaczynają nie mieścić się w portfelu.

          Cały ten dobrobyt spada na niego niczym grom z jasnego nieba. Jednak jak to w życiu bywa za pewną cenę, tą ceną okzauje się być poznanie samego siebie. Karol staje w obliczu tego kim jest i jakie wartości reprezentuje. Za tą wiedzę przyjdzie mu słono zapłacić.

Posmakuj w "M" ...

PROLOG

Wiatr huczał za oknami. Szyby pokryte były długoletnią warstwą kurzu. Delikatny podmuch wiatru przekradał się w nieszczelnej framudze okna i poruszał wiszącymi w oknie pajęczynami. Pająk niecierpliwie przebiegał z jednego jej końca w drugi, niepewny czy coś złapało się w jego sieć, czy może jednak nie.

Gdzieś z kąta dobiegało chrobotanie. Ciche stuk, puk, zupełnie niewinne odgłosy biegnącego życia w zaciszu starego domu. Dookoła unosił się zapach stęchlizny i kurzu, klasyczny aromat upływającego czasu tam gdzie nikt go nie obserwuje. Belki podtrzymujące dach rzucały na drewnianą podłogę czarne cienie, które przecinając się wzajemnie przypominały szachownicę.

Strych tonął w półmroku, było już grubo po piątej. Karol kołysał się rytmicznie w fotelu na biegunach. Jego myśli odbiegały strasznie daleko

– ... i wtedy – zaczął niepewnie

– Wtedy będziesz mógł wybrać – powiedziała spokojnie lecz stanowczo zakapturzona postać stojąca pod oknem. Rzucany przez nią cień zdawał się falować na tle desek podłogi. Szata opadała łagodnie na bose stopy zakończone krótkimi palcami, których paznokcie wypełniała ciemna warstwa ziemi, a kształt sprawiał wrażenie jakby ktoś obcinał je bardzo dawno przy pomocy sekatora.

Mimo iż na strychu panował półmrok nie sposób było się dopatrzyć twarzy w mrocznym wnętrzu czarnego kaptura. Szata unosiła się delikatnie na wysokości klatki piersiowej co potwierdzało że kryje pod sobą istotę żyjącą, a w miarę jak opadała spod kaptura słyszalny był cichy syk wypuszczanego z wydawałoby się wielkim trudem powietrza.
– ... i nic nie zaboli? – spytał ponownie Karol

– Nie, ciekawość nigdy nie boli, zaboleć może świadomość – odpowiedziała postać

– Świadomość czego?

– Tego kim się staniesz bracie, co zobaczysz, kim będziesz – gruby głos wydawał się popadać w rozbawienie

– Dobrze.

– Co dobrze?

– Dobrze, zgadzam się – rzekł z przejęciem Karol i poderwał się z fotela.

Oddychał bardzo szybko, a jego oczy zdradzały potworny strach przed tym co może zobaczyć i czego doświadczyć, ale wydawał się chcieć ukryć ten stan nawet przed samym sobą. Już jako dziecko był podatny na wpływ otoczenia i chętnie podejmował się eskapad w poszukiwaniu przygód, nie bacząc zupełnie na konsekwencje tego co robi, co często nie wychodziło mu na zdrowie, szczególnie psychiczne. Wiele z takich przygód pozostawiło po sobie głębokie rany, a te z kolei blizny, które do dzisiaj dawały o sobie znać w koszmarach sennych.

– Tak. – powiedziała postać – Tak łatwo przewidzieć ludzkie decyzje. Siadaj – powiedziała postać a Karol poczuł, że coś gwałtowanie pcha go na fotel, choć postać nie postąpiła ani kroku w jego kierunku – Tak lepiej. – dokończyła gdy fotel znów zaczął się miarowo kołysać wraz z Karolem.

Postać chwilę stała w bezruchu, a jej oddech świszczał niczym wypuszczane z balonika powietrze. Karol oddychał coraz szybciej łapiąc zachłannie stęchłe powietrze dawno nie wietrzonego strychu. Czuł jakby postać świdrowała go na wylot wzrokiem, jakby oceniała czy jest godzien by zobaczyć to co już za chwilę miała mu pokazać. Jakby analizowała czy jest właściwą osobą aby doznać zaszczytów które mają go za moment spotkać. Zupełnie jakby nie była pewna czy to, po co tu przyszła, nie tylko ma jakikolwiek sens, ale czy odniesie skutek który przewidywała. Mimo iż nie widział nic poza czernią wnętrza kaptura, miał nieodparte wrażenie obserwacji swojej osoby, a na całym ciele czuł lodowaty chłód czyjegoś spojrzenia.

– Zaczynajmy, ta niepewność mi nie służy – powiedział niepewnie Karol

– Jak wino, wódka, czy tytoń których ostatnio nadużywasz – wychrypiała postać, ale nie dała szansy aby jej stwierdzenie zostało poddane w wątpliwość, lub spotkało się z jakimkolwiek kontrargumentem drugiej strony – Zajrzyjmy teraz w głąb Twojej duszy. – powiedziała i zaczęła sunąć bezszelestnie po podłodze.

Choć ruch postaci był bardzo wyraźny, nagie stopy nawet nie drgnęły. Rękawy peleryny uniosły się obnażając nagie sine palce, zakończone postrzępionymi, długimi, prostokątnymi paznokciami. W miarę jak odległość między nimi się zmniejszała, ciało Karola przeszywał coraz większy chłód. Czuł wręcz jakby białka jego oczu skuwał lód. Poczuł wielką suchość w ustach i już miał wycofać się z tego na co się zgodził. Po raz pierwszy w życiu miał postąpić wbrew swojej naturze i rozsądek miał wziąć górę nad ciekawością i lekkomyślnym ryzykowaniem życia, gdy poczuł na swoich ustach potworne zimno. Na wargach Karola spoczął kościsty siny palec wskazujący postaci, która teraz nie tylko samą obecnością ale i zachowaniem przysparzała go o zawrót głowy i powodowała że wzdłuż kręgosłupa przebiegał dreszcz, a czoło pokryły kropelki potu.

Mimo iż zimno bijące od niespodziewanego tej nocy gościa było już niemalże nie do zniesienia, Karol stwierdził ze zdumieniem że palec przybysza jest niezwykle miły w dotyku. Zapragnął tego dotyku mocniej i mocniej, z całych sił zapragnął aby przybysz objął go ramieniem i przygarnął do siebie wtulając w poły swojej peleryny. To uczucie ogarnęło go tak przeraźliwie szybko że zaskoczony swoją reakcją na ów dotyk nie był w stanie ruszyć się z miejsca nawet o minimetr. Odniósł wrażenie jakby coś wewnętrznie go sparaliżowało, jakby mimo usilnych chęci nie mógł się poruszyć, a jednocześnie poczuł na skórze całego ciała przyjemne mrowienie.

– Pozwól wasz mość że się rozgoszczę. – powiedziała postać i oparła Karolowi chude, kościste dłonie na piersiach.

Teraz mógł już mówić, wołać o pomoc, cokolwiek, zniknął palec z jego ust, ale ... nie chciał. Tak, wyraźnie czuł że nie chce aby to się skończyło, chce jednak to zrobić, byle szybko aby znów nie naszły go te wątpliwości i dziwne uczucie przerażenia. Chociaż chwilę temu jego myśli wyglądały zupełnie inaczej teraz czuł się bezpiecznie, choć wciąż się bał, ale tym razem był to raczej dreszczyk emocji niż strach w dosłownym tego słowa znaczeniu.

W otchłani kaptura zakrywającego oblicze rozmówcy, Karol dostrzegł dwie błyszczące źrenice. To utwierdziło go w przekonaniu że rozmawiał z kimś rzeczywistym, że ten ktoś istnieje a nie jest jedynie wytworem jego wyobraźni. Pozwoliło również jego świadomości zaznać niezwykle błogiego spokoju ducha, bo przecież oczy to zwierciadło duszy, a zatem jego gość ma duszę, jest podobny do niego choć zmysły podpowiadały mu że przybysz poważnie się od niego różni. Jeszcze nigdy nikt nie wystawił go na tak wielką próbę sił. Jego psychika została poddana bardzo poważnemu testowi.

Nie mógł złapać oddechu, lodowaty dotyk kościstych dłoni zsuwających się na klatkę piersiową sprawił że zaparło mu dech w piersiach. Poczuł bardzo wyraźnie ucisk w okolicach mostka, zupełnie jakby na jego klatce piersiowej usiadł ktoś bardzo ciężki i to nie całym swoim ciężarem ale dopiero jego częścią. Zimno samo w sobie nie sprawiało mu bólu, było wręcz zbawienne gdyż ostatnim zaczerpnięciem powietrza wręcz się zachłysnął.

Postać wydzielała okropny zapach, właściwie odór, fetor nie do zniesienia dla ludzkiego zmysłu węchu. A może to jej oddech, tego Karol nie był już w stanie zidentyfikować. W uszach poczuł silne ukłucie a później wypełniły się piskiem, sykiem. Zupełnie jakby stał na peronie a nadjeżdżający pociąg rozpędzony do granic możliwości zaczął hamować, a jego uszu doleciałby odgłos metalowych kół trących o szyny. Ostatkiem sił zbierał zbłąkane myśli, które kołatały się bez celu po jego głowie. Mimo że odczuwał jeszcze zewnętrzne bodźce, powoli odnosił wrażenie utraty kontaktu z otaczającą go rzeczywistością. Fetor który jeszcze przed chwilą drażnił jego nozdrza zniknął, a potworny syk w uszach ustał. Nie czuł już nabieranego do płuc powietrza, ściśniętego strachem gardła. Chciał poruszyć ręką lub choćby palcem, lecz nie mógł. Jego ciało odmawiało posłuszeństwa, nie reagowało na bodźce wysyłane z mózgu.

Mimo iż miał jeszcze świadomość swego jestestwa nie sposób było nie poddać się woli przybysza, spojrzenie rozżarzonych źrenic było hipnotyczne. Zmieniały kolor w zawrotnym tempie. Najpierw zielone, później jaskrawo pomarańczowe, granatowe, żółte, białe, czerwone, by na koniec poczernieć i znów stać się soczyście zielone. Jednocześnie rosły z każdą zmianą koloru, aż wreszcie gdy były ognisto czerwone zbliżyły się do Karola na tyle blisko że poczuł się jakby były jego częścią. Zupełnie jakby to co widział wchłaniało go do swego wnętrza, jakby nie był już sobą a stanowił część swojego gościa, nierozerwalną całość, jedność ciała i duszy. Ta świadomość go przerażała ale jednocześnie odczuwał dziwne uczucie ulgi i spełnienia.

Wszystko dookoła zaczęło wirować, nabierając zawrotnej prędkości, aż w efekcie wyglądało jak rozmazane ślady pozostawiane za oknem mknącej z niespotykaną prędkością po torze wyścigówki. Zniknął chłód i dotyk, pozostała czysta harmonia i spokój, cisza, a po chwili ogarnęła go również ciemność, tak czarna jak jeszcze nigdy w życiu. Chociaż wytężał wzrok z całych sił, nie mógł w tej otaczającej go mrocznej aurze dostrzec ani jednego jasnego punkciku. Dookoła tylko ciemność, ale bez strachu, nie bał się, czuł że to błogosławieństwo że się tu znajduje. Poczuł jak wewnętrznie sprawia mu to co się dzieje ewidentną radość i przynosi ukojenie jego duszy. Poczuł wokół siebie miłość, radość i życzliwość płynącą z otaczającej go ciemności.

Gdy tak odpłynął w euforii i szczęściu w granice swojej jaźni i poczuł że dotarł do celu, do miejsca gdzie zmierzał przez całe swoje życie i że nie chce wracać zobaczył w oddali migoczące światełko. Wyglądało jakby pulsowało i jedynie sygnalizowało swoją obecność. Jednocześnie poczuł nieodpartą chęć udania się w tym kierunku. Jego zmysł słuchu wychwycił w otaczającym mroku cichy szmer, zupełnie jakby znajdował się w pobliżu strumyka. Poczuł delikatny powiew wiatru zmierzającego w jego kierunku właśnie z tego miejsca. Nie musiał nawet wytężać żadnego ze swych zmysłów, gdy poczuł że zmierza już w kierunku pulsującego punkcika zawieszonego w mrocznej otchłani bezkresnej ciemności panującej dookoła. Im był bliżej, tym wyraźniej czuł chęć dotarcia na miejsce. W miarę zmniejszania się odległości, punkcik światła stawał się coraz bardziej widoczny, aż w końcu zauważył że punkcik zawieszony jest na końcu jakby długiego tunelu. Dostrzegł jednak że od wejścia dzieli go ściana wody, to ten odgłos który jeszcze przed chwilą zidentyfikował jako szmer. Poczuł silny zawód że nie będzie mógł się tam dostać.

– Nie bracie – usłyszał znajomy głos – jeszcze nie teraz, ale nie trap się, już wkrótce ...

Poczuł silny prąd porywający go w prawą stronę, zupełnie jakby wpadł do rwącej rzeki a jej nurt porwał go gwałtownie. Chociaż nie czuł wody ani w znanym jego zmysłach dotyku, ani temperaturze, czuł ewidentnie że coś go holuje i odciąga od miejsca do którego pragnął dotrzeć. Zawód nie trwał jednak długo, opanowało go niezwykłe poczucie zrozumienia i zaufania dla źródła nadającego bieg wydarzeń. Wiedział że zmierza ku temu co pragnie zobaczyć i czego chce się dowiedzieć. Po chwili majaczące w oddali światełko zniknęło a jego miejsce zajęła ponownie bezkresna ciemność. Chwilę później nurt który jeszcze przed chwilą go unosił rzucił nim w panujące ciemności. Wszystko ustało i zaległa totalna cisza.
Czytaj więcej

Rozdział 1

Pierwszą rzeczą którą zobaczył było jabłko. Wisiało nieruchomo jakieś 5 cm nad jego głową. W głowie czuł potężny ucisk, zupełnie jakby obudził się po nocy spędzonej na hucznej balandze. Skronie pulsowały, w ustach odczuwał dyskomfort suchości, a całe ciało nieprzyjemnie ciążyło i ruch jakimkolwiek członkiem wydawał się nierealny.

– Tato, Tato, znowu zgasły – usłyszał za sobą piskliwy, dziecięcy głos.

Nie zareagował, zupełnie jakby głos był kolejnym majakiem i wytworem jego umysłu. Nie dopuszczał do siebie myśli że to co się dzieje dookoła jest realne. Po ostatnich wydarzeniach które miały miejsce jeszcze chwilę temu bronił swoją psychikę przed realnością tego co go otacza.

– Karol wyjdź już spod tej choinki, jest późno, trzeba iść spać, jutro musisz wstać bardzo wcześnie, pamiętasz? – znów głos gdzieś w pobliżu, tym razem jednak należący do kobiety.

Powoli odzyskiwał czucie w rękach. Źrenice odzyskały naturalną umiejętność postrzegania, a obraz się wyostrzył. Tak, teraz był już pewien że to co widzi to rzeczywiście jabłko, soczyście czerwone i mieniące się w nikłym blasku światła, którego źródła nie był jeszcze w stanie zidentyfikować.
Delikatne trzaski, które słyszał, pozwoliły mu domniemywać, że pochodziło z kominka, który musiał zapewne znajdować się w niewielkiej od niego odległości.
Miliony myśli przebiegały mu przez głowę. Poczuł że ktoś chwyta jego dłoń i delikatnie pociąga go w stronę światła. Zobaczył nad sobą uśmiechniętą, kobiecą twarz, okalaną lśniącymi i czarnymi jak smoła włosami. Nie znał jej, ale miał nieodparte wrażenie że gdzieś ją już widział, ale nieco inną, młodszą, a może jedynie podobną do tej którą teraz ma przed sobą. Miał istny mętlik w głowie i wciąż to pulsowanie w skroniach. Uczucie to niemal nie pozwalało mu zebrać myśli. Krwistoczerwone usta zadrgały lekko i znów przemówiły:

– Dobrze się czujesz Kochanie? Masz jakiś mętny wzrok. – błękitne oczy wyrażały strapienie, niebieskooka brunetka, a może i nie, może to efekt koloryzacji włosów, albo szkła kontaktowe.

Chaos, tak to właściwe określenie tego co czuł w tej chwili. Zupełny zamęt, bezkresna pustka w przeraźliwie realnie pulsującej głowie. I to dziwne uczucie ciężkości po tych przyjemnych lekkich doznaniach nieważkości. Zupełnie jakby ktoś ubrał go właśnie w ciężki kostium astronauty, albo objadłby się bardzo ciężkostrawnym posiłkiem.

– Skarbie, powiedz coś, przerażasz mnie – znów uśmiech. Białe równe zęby rozjaśniły czerwień przemawiających ust.

Nie mógł dłużej milczeć. Otaczające go okoliczności nie sprzyjały milczeniu i trwającej z jego strony ciszy. Powinien coś powiedzieć, wymaga tego od niego sytuacja. Tylko co???

– Ja? Tak, ... chyba tak – wybełkotał Karol

– Tatusiu da się to naprawić? – znów dziecięcy głosik

Karol wciąż leżał na podłodze, tyle że już nie pod choinką, którą teraz dokładnie widział. Była wielka jak na choinkę. Sięgała niemal do samego sufitu, no tak przynajmniej wyglądała z jego perspektywy człowieka leżącego na podłodze. Jego dłoń spoczywała w ciepłej, jasnej dłoni nieznajomej brunetki, która wpatrywała się w twarz Karola. Wyraźnie czuł bijące od nieznajomej kobiety miłość i troskę. Czuł się niezręcznie w nowym otoczeniu, niepewny skąd i dlaczego tam się znalazł. Jednocześnie odczuwał jednak poczucie bezpieczeństwa i komfortu płynącego z zacisza ciepłego ogniska domowego.

– Tak Kochanie, Tatuś na pewno to naprawi jak tylko troszkę wypocznie – znów ona, ponownie przemówiła – Wskocz pod prysznic i połóż się spać, pójdę położyć Piotrusia. – dodała ściszonym głosem patrząc wprost na niego.

Karol patrzył na kobietę osłupiały, a ona podniosła się i cofnęła kilka kroków. Teraz zobaczył pełny obraz pomieszczenia w którym się znajdował. Obok niego siedział na dywanie chłopczyk o jasnych blond włosach schludnie zaczesanych w tył głowy. Jego błękitne oczka szeroko otwarte, wpatrzone były w Karola. Za dzieckiem majaczył ogień na kominku. Teraz już wyraźnie go widział. Niewielkie płomyki przeskakiwały niemal tańcząc po belkach drewna ułożonych misternie jedno na drugim w schludny kopczyk. Pokój sprawiał wrażenie przytulnego salonu. Wszędzie na podłodze leżały pufy i poduszki. Przy kominku zaś stały dwa fotele, stolik do kawy i koń na biegunach. Na stoliku w nieładzie leżały jakieś czasopisma, a na stopniu przed kominkiem spoczywało kilka grubych książek ze złotymi napisami na okładkach.

Jego wzrok powędrował w górę. U sufitu wisiał obszerny żyrandol z drewnianymi odnogami z których każda zwrócona była w dół i zakończona twarzą kobiety z długimi włosami. Na głowach tych kobiet zamieszczone były klosze i choć pokój rozświetlał jedynie blask ognia tańczącego na kominku, oraz kolorowe światła gasnących i zapalających się na przemian lampek choinkowych, Karol wyraźnie dostrzegł zarys jakiegoś symbolu na każdym z kloszy. Ten sam symbol widniał również na każdej z nóg stolika do kawy. „To ewidentnie jakieś spięcie.” – pomyślał. Tak, jakby to miało dla niego jakieś znaczenie. Nowa sytuacja, nowe otoczenie, a on przejął się najwyraźniej tym, czego od niego oczekiwano w tej chwili – awarią lampek choinkowych i potrzebą jej usunięcia.

Wytężył wzrok i przyjrzał się ponownie tym symbolom. Na pierwszy rzut oka symbol przypominał swym kształtem literę „M” napisaną bardzo starannie przez jakiegoś uzdolnionego artystę, ale gdy dłużej się mu przyglądał, dostrzegał w nim raczej głowę ptaka, można się nawet pokusić o stwierdzenie że była to sowa.

Kobieta z dzieckiem opuścili pokój. Karol leżał jeszcze przez krótką chwilę zmieszany nowymi okolicznościami, po czym wstał i podszedł do stolika. Rozejrzał się po pokoju. Teraz już całkowicie utwierdził się w przekonaniu że znajduje się w salonie sporego domu. Pokój był prostokątny, a jego część w której teraz się znajdował miała zapewne służyć wypoczynkowi. Z prawej strony dostrzegł obszerną sofę, a na wprost niej z prawej strony kominka wisiał plazmowy telewizor, tak wielki że nie dałoby się go nie zauważyć wchodząc do salonu. Przed sofą leżały dodatkowe pufy a na niej porozrzucane były w nieładzie kolorowe poduszki.

Ściana na wprost niego pokryta była od podłogi po sufit zdjęciami, nie czuł jednak potrzeby ich oglądania, a może zwyczajnie bał się co na nich zobaczy. Odłożył to tak czy siak na później. Przed tą ścianą stał długi stół z krzesłami, zapewne kącik jadalny. Zauważył, że na prawo od stołu pokój przechodzi w inne pomieszczenie, prawdopodobnie w kuchnię, co wydawałoby się logicznym połączeniem.

Usiadł w fotelu i zaczął przeglądać gazety. Były wśród nich kolorowe czasopisma w tym zarówno tygodniki, dwutygodniki jak i miesięczniki. Głownie prasa kobieca, ale było również kilka dotyczących informatyki i samochodów. Znalazł wśród nich również liczne foldery reklamowe wrzucane przez domokrążców z wielkim zapałem i zaśmiecające skrzynki pocztowe. Nigdy jakoś nie mógł doszukać się celu takiego przedsięwzięcia. Przecież koszt wyprodukowania takich ulotek musiał być niezwykle wysoki i podczas gdy dotyczyły one produktów użytku codziennego miało to jakiś sens, to reklama garniturów czy samochodów tą drogą wydawała mu się zupełnie nielogiczna.

Przekartkował od niechcenia kilka z czasopism i odsunął na drugi koniec stolika do kawy. Przesunął również na bok ulotki, które nigdy nie cieszyły się jego zainteresowaniem. Pod nimi znalazł kilka gazet z prasy codziennej. Jego zainteresowanie wzbudziła data widniejąca na jednym z dzienników.

„5 grudnia 2017 rok, siedem lat temu firma informatyczna przyjęła do pracy nowego specjalistę w dziedzinie obsługi sieci. Zupełnie niepozorny informatyk okazał się geniuszem.”

Nagłówek zaciekawił go jeszcze bardziej, a nawet można by rzec że zaintrygował, co spowodowało że płynnym ruchem odnalazł pełny artykuł kilka stron dalej. Jego wzrok przebiegał gorączkowo po kolejnych akapitach. „Nowy informatyk Karol Atobos już w drugim roku swojej pracy dokonał fenomenalnego odkrycia, które pozwoli w najbliższym czasie udostępnić mieszkańcom miasta szybkie i sprawne poruszanie się w ruchu miejskim. Pomysł pracownika przewidywał rozbudowę systemów metra do kilku poziomów, dzięki czemu większość środków transportu miejskiego takich jak tramwaj, autobus, taxi, zostanie wyparta przez model XZ15V. Nowy środek komunikacji działa w oparciu o skomplikowany schemat informatyczny, więcej szczegółów firma Tranperon nie chciała jednak udostępnić mediom. To co wiemy na pewno, to że model XZ15V niebawem wyruszy w swoją pierwszą podróż. Jak potwierdzają władze Tranperon, budowa sieci połączeń podziemnych pod Polską została właśnie zakończona.”

Karol przesunął gazetę wzdłuż stolika, zrzucając wcześniej przejrzaną stertę czasopism i ulotek na podłogę. Pacnęły o parkiet i rozpłynęły się w różnych kierunkach. Jego oczom ukazał się nagłówek artykułu kolejnej gazety:

„11 grudnia 2017 roku, Tranperon opanowuje rynek polskiej komunikacji, prezydent kraju otwiera trasę dla XZ15V.”

Błyskawicznie odnalazł właściwy artykuł wewnątrz gazety.

„Jacek Dyzer którego mamy szansę już za tydzień wybrać na kolejnych 5 lat prezydentury, osobiście jutro otworzy linię dla nowego modelu komunikacji publicznej. Z tej okazji firma Tranperon zorganizowała w centrum festyn dla mieszkańców Krosna i okolic. Otwarcie odbędzie się w sercu miasta, gdzie powstała pierwsza ze stacji skomplikowanego schematu komunikacji publicznej ciągnącego się pod Krosnem i najbliższą okolicą. Głowa państwa wraz z ministrami odbędzie pierwszą podróż nowym środkiem komunikacji przecinając w różnych kierunkach całą Polskę, aby finalnie wysiąść z modelu XZ15V w centrum Krosna, gdzie będzie miał miejsce wielki festyn. Twórca wynalazku osobiście opowie o nim na festynie. Media są jednak zainteresowane dlaczego sam Atobos nie jedzie w pierwszą podróż swym wehikułem. Dyrektor Tranperonu Pan Leda zapowiada jednak że wraz z małżonką będą na pokładzie. Przejażdżka będzie trwała kilka godzin, a Leda zapowiada mnóstwo atrakcji dla podróżujących gości.
Tranperon zapowiada ekspansję międzynarodową w ramach Europy, a docelowo również międzykontynentalną. Sieć niesie wiele oszczędności, bagatelizuje warunki pogodowe, działa w oparciu o system dzięki czemu firma może oferować przystępne cenowo przejazdy oszczędzając na etatach, gdyż model XZ15V nie wymaga kierowcy. Pojazdy nowoczesnej komunikacji sterowane są przez system zlokalizowany w siedzibie głównej Tranperonu.”

– Tranperon? – Karol powtórzył na głos nazwę firmy, w której jak wynikało z artykułu w gazecie pracował i dla której zdawał się być na tą chwilę kluczowym pracownikiem

– Udał Ci się ten projekt – do pokoju znów weszła brunetka – Piotrek padł z miejsca, święta dostarczają mu zawsze tyle wrażeń – uśmiechnęła się, a w obliczu milczenia z którym się spotkała, ale nie zrażona ciągnęła dalej – gdyby nie ten projekt nadal mieszkalibyśmy z moją ciotką w zatłoczonym centrum miasta, a teraz – omiotła spojrzeniem salon – tylko się rozejrzyj, dom w najlepszej dzielnicy, najnowsze modele samochodów, najmodniejsze ciuchy dla mnie i najlepsze przedszkole dla Piotrunia.

Karol wpatrywał się w kobietę i próbował zebrać myśli. To co przed chwilą przeczytał miało się nijak do tego co zwykł był o sobie czytać, jeśli już ktoś zgodził się opisać jakiś programik w gazetce informatycznej dla dzieci szkół podstawowych.

2017 rok? Czyli jest dokładnie coś około 7 lat przesunięty w czasie. No w tyle lat rzeczywiście można się zmienić i podciągnąć, ale żeby aż tak, o takich cudach nigdy nie słyszał. Choć wydaje się to mało prawdopodobne to widać że mu się jednak udało. A więc to jest zapewne jego żona, ma syna, piękny dom i z tego co do niego w tej chwili dotarło brodzi po szyję w kasie.

Farciarz. Czyżby to była jego przyszłość? Cóż, zatem warto było to zobaczyć. Nie każdy ma szczęście doświadczyć co go spotka za kilka lat. Może jest wybrańcem, może ta postać nie odwiedziła go przypadkiem. A co jeśli tylko pokaże mu to wszystko a później będzie szydzić że nigdy tego nie będzie miał? Eee, nie warto się tym teraz martwić. Jest tutaj, ma to wszystko i może robić co zechce. Może wcale nie będzie musiał wracać, może to tylko jakiś głupi sen z tą postacią. Nie to nie mógł być sen bo przecież nie ma tego wszystkiego, może to co teraz widzi jest snem i za chwilę zniknie. Ta myśl ogarnęła go całkowicie i zawładnęła nim bez granic.

– Hmm ... – westchnął

– „Hmm”? Tylko tyle? Nie poznaję Cię, ale to pewnie wynik przepracowania – powiedziała stanowczo – a może to spięcie przy choince pomieszało Ci w głowie? – zapytała figlarnie ale spiesznie dodała nie czekając na reakcję – posłuchaj, dzwonił do mnie wczoraj Michał, powiedział że kupiłeś łódź, łódź Karol, nic nie mówiłeś że chcesz kupić jacht, nawet nie zapytałeś mnie o zdanie – nie czekała na odpowiedź i ciągnęła dalej – Michał mówi że się o Ciebie martwi, szastasz forsą na lewo i prawo, a teraz ta łódź, nawet nie wie po co, nic mu nie mówisz a to Twój doradca finansowy, ba nawet mnie nic nie powiedziałeś – Karol wpatrywał się w nią w osłupieniu.

Pauza, którą właśnie zrobiła kobieta w swojej wypowiedzi miała być chyba dla niego znakiem że oczekuje wyjaśnień, ale co niby miał powiedzieć? Skąd ma wiedzieć dlaczego kupił jacht, skoro nie wie nawet ile ma tej forsy i czy rzeczywiście mógł sobie na to pozwolić bez szkody dla rodziny.

– Karol do cholery, mówię do Ciebie! Co się dzieje? – kobieta była już lekko podenerwowana – Po jakie licho wydałeś kupę forsy na ten jacht? Przecież Ty nawet nie umiesz żeglować! Nie narzekałam gdy kupowałeś mi te wszystkie drogie prezenty, ale tak poskładałam ziarnko do ziarnka i nie wydaje mi się żebyśmy mogli tak dużo wydawać. Zaczynam się bać że coś ukrywasz przede mną, a mieliśmy umowę, że mówimy sobie wszystko.

Karol milczał jak zaklęty, brunetka patrzyła na niego, a jej piersi falowały we wzburzeniu. W ręku ściskała kubek herbaty ozdobiony czerwonymi literami układającymi się w napis „MARTA”.

– Martuniu ja ... – zaczął niepewnie, ale nie dokończył, gdyż ona natychmiast mu przerwała

– Martuniu?? – zapytała otwierając szeroko oczy, czyżby jego blef okazał się chybiony? – nigdy nie mówiłeś do mnie tak słodko, coś się dzieje Karol, a ja chcę wiedzieć co!! – krzyczała

– Ja ... – zaczął ponownie – ... ja muszę odpocząć, pójdę się położyć – dokończył zdecydowanie

Marta opadła ciężko na fotel, odstawiła kubek na stolik do kawy i ukryła twarz w dłoniach. Karol patrzył na nowy bieg wydarzeń i kompletnie nie miał pomysłu co z tym wszystkim zrobić. Nie tego się spodziewał gdy zakomunikowano mu że zobaczy coś niezwykle ciekawego i że z pewnością będzie to najbardziej fascynująca wyprawa jego życia. Wyobrażał sobie raczej że zobaczy swoją śmierć, bo tego raczej oczekuje człowiek, który ma możliwość zobaczyć swoją przyszłość. Każdy chce wtedy jednego, zobaczyć kiedy i w jakich okolicznościach odejdzie z tego świata. Poza tym miał nadzieję zobaczyć i od razu wrócić, nie miał pojęcia o tym że będzie to trwało tak długo, chyba zbyt długo jak na niego. Spodziewał się obejrzeć w telegraficznym skrócie co go czeka i co osiągnie, zupełnie jak w kinie, z perspektywy widza, a nie aktywnie w tym uczestniczyć. Nie wie przecież nic o nowej sytuacji a musi w niej żyć. Teraz czuł się wyjątkowo zmieszany. Widział przed sobą zasmuconą kobietę i jej stan był spowodowany jego zachowaniem. Oczekiwała od niego wyjaśnień, czegoś co spowodowałoby że patrzyła by teraz na niego z uśmiechem swymi pięknymi, błyszczącymi oczami. Nie mógł się jednak zdobyć na nic co byłoby adekwatne do bieżącej sytuacji. W głowie miał istny mętlik.

Odchrząknął, ale ona nie zareagowała. Otworzył usta, ale głos uwiązł mu w gardle. Co robić? Co powiedzieć? Nawet jej nie znał, skąd miał wiedzieć co zrobić aby ją zapewnić że wszystko jest tak jak być powinno, skoro nie wiedział jak było zanim się tu pojawił. Swoją drogą ciekawe gdzie podział się obecny Karol Atobos, skoro on go tutaj zastąpił. No i skąd wiadomo jaki był dla żony, dziecka, rodziny, znajomych, przyjaciół. Ciekawe czy w ogóle mają jakichś przyjaciół. Spuścił wzrok i wlepił go w podłogę.

Marta siedziała niewzruszona, zupełnie jakby swoimi ostatnimi słowami wprawił ją w zakłopotanie, a może raczej w całkowite zwątpienie. Wstała tak gwałtownie, że jej nagła zmiana pozycji ciała wywołała u niego lęk. Przechodząc obok niego zatrzymała się na chwilę i otworzyła usta jakby chciała coś jeszcze powiedzieć. Spojrzała mu prosto w oczy, po czym jej usta na powrót się zamknęły i wyszła.

– Ja ... – spróbował ponownie – ... obiecuję, że wszystko będzie dobrze – krzyknął za nią.
Czytaj więcej

Rozdział 2

Cyk, cyk, cyk, miarowe klikanie wskazówki zegarka brzmiało jak uderzenia młota w głuchej ciszy jaka go otaczała. Skroń rozdzierał głęboki ból wynikający z uwierającej go metalowej bransolety na przegubie.

Otworzył powoli oczy. Leżał w półmroku. Pokój zdawał się emanować kobiecym wdziękiem. Marta najwyraźniej wszystko lubiła mieć poukładane. Wskazywał na to panujący wokół ład i porządek. Leżała tuż obok, a on czuł się jakby była to zupełnie obca mu osoba, a nie kobieta którą poślubił i z którą miał syna. Oddychała bezszelestnie. Z jej ust nie wydobywał się najmniejszy dźwięk. Jedynie klatka piersiowa unosiła się miarowo i spokojnie.

Zegarek wskazywał czwartą rano. Wstał uważając żeby jej nie obudzić i delikatnie szukał stopami pantofli które zostawił przy łóżku minionego wieczora. Zamiast tego poczuł jedynie miękki dywan o niezwykle bujnym włosiu, chociaż nie przypominał sobie aby był tam gdy kładł się spać. Postawił na nim stopy i spróbował wstać. Z podłogi dobiegł go głuchy warkot a dywan przesunął się w bok i obnażył zielone ślepia.

– Skąd to się kurwa tutaj wzięło? – wyszeptał do siebie Karol, podciągając zdecydowanym ruchem nogi.

Ślepia zamknęły się na powrót i po chwili dobiegł go cichy pomruk. Pies, no tak, mógł się tego spodziewać, piękny dom, rodzina, musiał więc być i pies. Ale czemu kupił dziecku taką wielką krowę?? A może to nie on? Ten pies z powodzeniem mógł brać udział w zapasach, a ważył pewnie ze 100 kilo. Odetchnął cicho i stanął pewnie na ziemi, wsuwając stopy w pantofle, które wcześniej służyły psu za fragment posłania.

Wymknął się z pokoju na korytarz. Z prawej strony zobaczył blade światło. Zbliżył się do drzwi i uchylił je mocniej, aby sprawdzić skąd ono pochodzi. W niewielkim pokoiku, w niebieskiej pościeli, na niewysokim tapczaniku spał chłopczyk, jego syn. Uśmiechał się przez sen, widać śnił o czymś miłym. Ten widok sprawił że zrobiło mu się ciepło na sercu i jakoś tak przyjemnie, choć sam nie wiedział dlaczego. Ściany pokoju zdobiły malunki samochodów wyścigowych różnej wielkości i kontrastującej ze sobą wzajemnie kolorystyki. Szafka pod ścianą swym wyglądem przypominała dystrybutor paliwa na stacji benzynowej, a lampka przy łóżku była niczym innym jak imitacją reflektora samochodowego. Po chwili spostrzegł, że łóżko na którym śpi chłopiec to też drewniany model wyścigówki. Ech w jego dzieciństwie można było jedynie pomarzyć o takim wystroju pokoju, technika widać idzie bardzo szybko do przodu.

Wycofał się i ruszył w stronę schodów. Zszedł na dół, skręcił do kuchni, na mikrofali zegar wyświetlał 20 po czwartej. Zdjął szklankę z suszarki i wlał do niej wodę z filtra. Pociągnął łyk i podskoczył jak oparzony. Coś otarło mu się o łydkę. Spojrzał w dół, między nogami prześlizgiwał mu się biały kot. Był tak biały, że niemal świecił w ciemności. Cały zwierzyniec – pomyślał – a przecież tak nie znosił kotów.

– Psik sierściuchu – syknął i natychmiast zamilknął.

Za oknem zauważył przebiegający wzdłuż podwórza cień, a w chwilę później zauważył że cień zmaterializował się na drzwiach garażu, by po chwili zniknąć w jego wnętrzu. Sam nie wiedząc czy kieruje nim odwaga, głupota, czy czysta ciekawość wyszedł na podwórze i cicho stąpając po oszronionej trawie ruszył w kierunku garażu. Wszedł do środka, zabłysnęło światło zapalonej zapałki, zakapturzona postać zapaliła knot świecy. W półmroku Karol dostrzegł zarys zaparkowanego o kilka kroków od niego porsche cayenne. Poczuł jak coś ściska mu gardło, a więc jednak wróciła po niego. A może jedynie chce mu dać jakieś dodatkowe instrukcje co do tego kim teraz jest. Przerażenie sparaliżowało go na kilka sekund. Postać drgnęła i choć czarna jak smoła, była dużo wątlejsza od tej którą widział wcześniej. Peleryna opadła na ziemię i w nikłym świetle zobaczył przed sobą nagą blondynkę.

– Witaj, czas zakończyć weekend – powiedziała i uśmiechnęła się figlarnie.

Zanim zdążył coś powiedzieć poczuł na sobie jej oddech i dłonie poruszające się wzdłuż jego ciała. Cofnął się o krok, ale ona na nowo znalazła się przy nim. Sam nie wiedząc czym powodowany odepchnął ją od siebie.

– Mmm, mój mały Karolek ma dziś więcej czasu i chce się pobawić? – wyszeptała uśmiechając się zalotnie – dobrze – otworzyła drzwi auta i wskoczyła na tylną kanapę – jak chcesz to dzisiaj robić?

Stał przez chwilę z wytrzeszczonymi oczami, zupełnie jakby nogi wrosły mu w betonową wylewkę garażu. Po czym sam nie wiedząc do końca co robi, zatrzasnął drzwi samochodu i wybiegł z garażu. Droga powrotna zajęła mu niespełna minutę. W przeciwnym kierunku zmierzał niepewnie, praktycznie się skradał. Teraz umykał jak spłoszony zając, który zwietrzył wilka. Z otępienia ocknął się dopiero w domu opadając na sofę w salonie. Cały się trząsł i do końca nie wiedział, czy z zimna, czy ze strachu.

– Kim ja kurwa jestem? – powiedział do siebie

– Przemęczonym facetem który lunatykuje – usłyszał rozbawiony głos – usłyszałam hałas i zeszłam zobaczyć czy wszystko gra – jego żona stała w drzwiach salonu – Karol to nie pierwszy raz, początkowo mnie to trochę bawiło przyznaję, ale dzisiaj sam się wystraszyłeś, a to już powód do zmartwień.

– Było już tak wcześniej? – zapytał, a zrobił to tak spontanicznie, że sam się zdziwił słysząc to pytanie

– Mniej więcej dwa, trzy razy w tygodniu – odpowiedziała pogodnie – nie martw się musisz wypocząć, to pewnie z przepracowania – dodała

Wyglądała na szczerze zmartwioną. Otulała się szczelnie szlafrokiem, a jej stopy ukryte były w puchowych kapciach. To był prawdziwie anielski widok, dorosła kobieta, a w tym stroju przypominała raczej małą dziewczynkę zatroskaną o swojego tatusia. Wyglądała prześlicznie, choć starannie zmyła wczorajszy makijaż, a jej oczy zdradzały niespokojny sen. Włosy okalały twarz w lekkim nieładzie.

– Czemu nie śpisz? – zapytał

– Chciało mi się pić – odparła – idę do kuchni, chcesz coś?

– Nie, dzięki – wysilił się na uśmiech

– Nie będę się już kłaść, akurat sobie poprasuję, spakuję rzeczy i będziemy mogli budzić Piotrusia – powiedziała i wyszła z pokoju.

No to super, ciekawe czego jeszcze się o sobie dowie. To co zobaczył tej nocy utwierdziło go w przekonaniu że jest zwykłym nadzianym łajdakiem. Ma przecież wspaniały dom, żonę, syna, urzeczywistnienie najskrytszych marzeń niejednego mężczyzny, a on szuka wrażeń w ramionach jakiejś blondi. Na co mu to? Myśląc realnie Marta mogła go przecież tak łatwo nakryć. I co to za irracjonalne wymówki? Czyżby zasłaniał się przed żoną lunatykowaniem? Żenada.

W pokoju panowała głucha cisza, mimo to myśli tłukły mu się po głowie. Kurcze zgodnie z tym co wyczytał, dzisiaj przed nim wielki dzień, otwarcie jego projektu do użytku publicznego. Powinien się cieszyć, być z siebie dumny, tyle czasu, wysiłku i wyrzeczeń. Ale czy na pewno? Przecież tak naprawdę nic o tym nie wie. No właśnie, nic nie wie. A co jeśli ktoś go zapyta o szczegóły projektu? Kurwa, skąd będzie znał odpowiedź na nawet najprostsze pytanie, jak nie ma pojęcia jak stworzył ten mega projekt. Zaraz, przecież muszą gdzieś być jakieś notatki. Zerwał się na równe nogi i wybiegł z salonu. W drzwiach wpadł na zaskoczoną jego widokiem Martę.

– Gabinet? – zapytał odruchowo

– Tam. – wykrztusiła zamurowana wyrazem jego twarzy, wskazując ręką koniec korytarza pogrążony w mroku

Nie bacząc na to że żona stoi wrośnięta w podłogę i mierzy go badawczym wzrokiem, rzucił się we wskazanym przez nią kierunku. Dopadł do drzwi i już po chwili jego oczom ukazał się bardzo elegancki pokój, oświetlony bladym światłem księżyca. W tym świetle odnalazł biurko a na nim niewielką lampkę którą włączył jednym ruchem i po chwili oślepił go jej blask. Przysłonił oczy rękoma i zaczął niecierpliwie rozglądać się dookoła. Chwilę to potrwało zanim jego wzrok przywykł do sztucznego oświetlenia. Obszedł dookoła wielkie, dębowe biurko i ostrożnie usiadł w skórzanym fotelu na kółkach. Przysunął się i zaczął przeglądać papiery pozostawione na biurku w schludnie poukładanych kupkach.

– Karol, czego szukasz? – to Marta wyrwana z letargu w jaki ją wprawił swoim zachowaniem, przez dochodzące ją z gabinetu hałasy, stała w drzwiach, a wzrok miała jeszcze bardziej zdumiony niż przed chwilą.

– Notatek. – odparł krótko i zdecydowanie, nie odrywając wzroku od przerzucanych kartek

– Jakich notatek? – dopytywała

– Jakich, jakich? Moich przecież nie sąsiada – odburknął wzburzony jej pytaniami

– No tak, teraz rzeczywiście przypominasz mi mojego męża, przez chwilę myślałam że ktoś Cię podmienił. – odburknęła równie poirytowana co on – jeśli mówisz o notatkach projektu którym się tak puszysz to pewnie są w teczce. To co przerzucasz w tej chwili to rachunki, wczoraj był u Ciebie księgowy i siedzieliście nad tym pół dnia, aż ułożyliście te śliczne kupki które jeszcze były tu kwadrans temu, a które teraz tak bezmyślnie rozrzucasz.

Karol skamieniał. Wypuścił z rąk trzymane papiery, które rozpłynęły się miękko po lśniącym blacie biurka.

– Jakiej teczce? – poderwał wzrok jakby usłyszał numery które padną w najbliższym losowaniu lotto

– Tej w której trzymasz laptopa i inne śmieci z pracy – odpowiedziała i wyszła z pokoju

– „Tej w której trzymasz laptopa i inne śmieci z pracy” – powtórzył ironizując jej wypowiedź – tylko gdzie jest kurwa ta teczka? – dorzucił pod nosem

– Pod biurkiem – odkrzyknęła z korytarza i dodała – czyli tam gdzie zawsze.

– Dzienks – odkrzyknął

– Pronks – odpowiedziała – ale, gdybyś był ciekaw, to wolałam Cię takim jakim byłeś jeszcze chwilę temu

Karol jednak już jej nie słuchał, zerwał się z fotela i padł przed biurkiem na kolana. Obok metalowego kosza wypełnionego po brzegi pogniecionymi papierami oraz sprężynki od długopisu leżącej tuż obok niego, stała skórzana, mahoniowa teczka wykończona złotymi bądź pozłacanymi okuciami, która nie wydawała się wcale tak wielka jakiej się spodziewał słysząc że nosi w niej laptopa.

Jednym ruchem wciągnął ją na kolana i spróbował otworzyć, jednak bezskutecznie. Potrząsnął nią kilka razy, coś ewidentnie w niej było bo przesuwało się i hałasowało gdy nią poruszał, a sama waga również wskazywała na fakt iż nie jest pusta. Uderzył kilkakrotnie w zamki, ale nie puściły.

– Zamknięta – powiedział pod nosem, wstał i wybiegł na korytarz – Marta, jest zamknięta! – krzyknął do żony

– Nie krzycz, Piotrek jeszcze śpi – odpowiedziała wychodząc z salonu, ale on wydawał się jej kompletnie nie słyszeć.

– Gdzie klucz? – zapytał

– Jaki klucz? – odpowiedziała również pytaniem

– Marta nie jestem w nastroju – spojrzał na nią jakby była mu winna sporo kasy – klucz do tego sprzętu – wskazał na teczkę którą teraz trzymał w dłoni.

– Nie ma żadnego klucza, jest na szyfr – patrzyła na niego badawczo i dodała po chwili ciszy – a znasz go tylko Ty, czy coś przede mną ukrywasz? Nigdy nie zapominałeś szyfru, jesteś jakiś dziwny

– Zmęczony – podchwycił jej wcześniejsze wytłumaczenia swojego własnego, dziwnego zachowania.

– Cóż, nawet jeśli zapomniałeś szyfr ze zmęczenia, nie jestem Ci w stanie pomóc, nigdy mi go nie podałeś – uśmiechnęła się przepraszająco i zniknęła ponownie w salonie.

– No to kurwa leżę i kwiczę – wyszeptał do siebie w obawie aby nie powiedzieć tego zbyt głośno, bo jak już zdołał się przekonać, Marta obdarzona była bardzo dobrym słuchem.

Wszedł ponownie do gabinetu, położył teczkę na biurku, usiadł wygodnie w fotelu i odchylił się nieznacznie do tyłu odchylając nieco oparcie. Omiótł spokojnie zamyślonym wzrokiem cały pokój. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Siedział tak przez chwilę w zadumie, po czym przystąpił do ekspansji biurka. Otworzył jedną z szuflad i zobaczył pudełko ozdobione tym samym ornamentem który już widział wczoraj wieczorem na nogach stolika w salonie. Sięgnął pudełko i postawił je przed sobą na teczce. Otworzył ostrożnie, zupełnie jak saper, który przymierza się do rozbrojenia bomby. Jego oczom ukazały się poukładane w niezwykłym porządku, każde w swojej przegródce, cygara.

– Wykwintny sukinkot ze mnie – powiedział do siebie i wyciągnął jedno z cygar

W pudełku, w osobnej przegródce znalazł również zapalniczkę. Sięgnął po nią zdecydowanym ruchem. I chociaż nie bardzo wiedział czy chce zapalić, czy nie, gubiąc się w tym kim naprawdę jest, czy pali, czy nie, czy może dba o zdrowie, a to jedynie poczęstunek dla rozmówców, których zapewne tutaj przyjmuje, poczuł silną chęć podpalenia cygara które trzymał w dłoni. Jego wzrok spoczął na przycisku umieszczonym tuż obok szuflady z której wyjął pudełko z cygarami.

– A co mnie tam – wyszeptał i mocno wdusił przycisk

Dobiegł go delikatny szum włączającego się wentylatora, spojrzał odruchowo w górę i zobaczy że z sufitu tuż nad nim wyłania się niewielki wentylatorek, zdawał się jednak powodować istną trąbę powietrzną mimo swojego cichego trybu działania, bo przez chwilę miał wrażenie że włosy na głowie stają mu dęba. Jednocześnie podczas gdy wentylator wyłaniał się z sufitu dobiegł go cichy syk z lewej strony. Gdy spojrzał w tym kierunku, jego oczom ukazał się bajeczny widok. Lewa strona pokoju była cała oszklona, a za szybą rozciągał się piękny widok. Ogród który widział zdawał się być pielęgnowany przez istnego artystę. Piękne krzewy i drzewka rozmieszczone w idealnej symetrii tworzyły korytarz, prowadzący zapewne wgłąb ogrodu. Kolorowe kwiaty krzewów różnobarwnie barwiły zieleń traw różnego gatunku. Stworzenie takiego ogrodu musiało kosztować fortunę. Był grudzień, a rośliny posiadały piękne kwiaty. Gdzieniegdzie widoczne były niewielkie figurki zwierzątek, umieszczonych tam zapewne nie tylko dla dekoracji, ale i dla radości dziecięcych oczu.

Zamyślił się przez chwilę cóż jest źródłem tego cichego syku. Zanim jednak zdążył dojść do jakichś wniosków, zauważył iż okna mają w najwyższym swym punkcie lufciki, które zwalniał ów przycisk wduszony zaledwie kilka sekund wcześniej w ramach zaspokojenia ciekawości co do jego działania. Syk był zwykłym przepływem powietrza, które teraz dotarło już do jego nozdrzy i poczuł piękną woń kwiatów zmieszaną z mroźnym porannym powietrzem. Zapach zieleni powoli ogarniał przestrzeń gabinetu. Hmm, wszystko pięknie pomyślane.

Zadowolony z siebie odsunął się na fotelu od biurka, położył na nim opatulone w pantofle stopy, przeciągnął się powoli i podpalił cygaro. Musiał to wcześniej robić, bo mimo gryzącego dymu, który wypełnił mu usta nie zaniósł się kaszlem, ba, nawet nie odchrząknął. Wyglądało na to, że przeniósł się w czasie, to zapewne jego przyszłość i to jak widać daleka, bo przecież takich sukcesów zawodowych o których dzisiaj przeczytał, takiego majątku pozwalającego na zakup, czy może budowę i utrzymanie takiego domu, super auta no i rodziny nie dorabia się żaden człowiek w kilka miesięcy, a raczej lat. No i dziecko, jest już sporawe, a zatem musiało minąć wiele lat. Kurcze warto żyć widząc że tak się skończy. Warto czekać, skoro ma się pewność że dożyje się takich dni jak ten. Ciekawe kiedy wróci i będzie mógł otworzyć kolejnego bronksa aby wypić za te lepsze czasy które przyszło mu zobaczyć. A może nie wróci, może już tak zostanie. Nie był pewien które rozwiązanie bardziej mu pasuje.

Sama myśl o zimnym piwie spowodowała że poczuł wielką suchość w ustach. Zamlaskał i poczucie pragnienia skosztowania alkoholu wzrosło. Zaraz, chwilunia, jest przecież w gabinecie, ma wypasione cygara, więc zapewne jest tu gdzieś również i barek.

Zdjął nogi z blatu biurka i okręcił się na krześle. Za sobą znalazł drewnianą ścianę, pokrywającą cały bok pokoju. Ściana podzielona była na mniejsze części i przypominała swym wyglądem wielką meblościankę. Po środku tuż powyżej jego głowy była jedynie wolna przestrzeń od drewna, pokryta szkłem. Dziwne że tego nie zauważył wchodząc do pomieszczenia. Miejsce to pełne było wody, szybko zidentyfikował cóż to takiego, choć w głowie mu się nie mieściło, żeby ktoś trzymał w domu akwarium takiego litrażu. No cóż byli chyba fanatykami zwierząt.

Akwarium wypełnione było pięknymi koralami, mieniącymi się w bardzo jasnym świetle. Dno spowijały falujące pod wpływem prądu tworzonego zapewne przez filtr, rośliny których nazw niestety nie znał. To pewnie działka Marty, on nigdy nie pałał większym uczuciem do zwierząt, a już z pewnością nie zdecydował by się na trzymanie tak wielkiego akwa. Ciekawe kto o to dba. Brunatne i grafitowe skałki mieniły się jak klejnoty. Na środku akwa spoczywało coś na kształt wraku statku, w którym otwierała się i zamykała klapa prowadząca zapewne pod pokład. W momencie gdy następowało jej otwarcie, wypuszczała masę bąbelków różnej wielkości. Takie same bąbelki pokrywały tylną część akwa, ale ich strumień był ciągły. Zupełnie jakby tył był zbudowany ze ściany unoszących się stale bąbelków powietrza. No i przede wszystkim morskie stworzenia, nie było ich bardzo dużo a raczej wręcz mało jak na takie akwarium, ale wyglądały prześlicznie. Szczególnie spodobały mu się błazenki, które w te i z powrotem pływały gromadką wzdłuż przedniej szyby. Na jednej ze skałek spostrzegł ośmiorniczkę, a za nią kilka koników morskich. Widok zaparł mu na moment dech w piersiach, ale już po chwili przypomniał sobie czego szuka i zaczął pociągać kolejne uchwyty wystające z meblościanki, bo za taką przyjął to co zastał na ścianie za plecami. Dopiero jednak gdy otworzył szafkę centralnie na wprost fotela, znalazł to czego szukał – lodówkę. Wewnątrz błyszczało kilka butelek z piwem, nie jakimś tanim bronksem, wcześniej nawet nie marzył że może mieć takie piwo we własnej lodówce. Głębiej stało kilka wód mineralnych, soków oraz napoczętych butelek wysokogatunkowych wódek i innego rodzaju trunku. Sięgnął po najbliższą z butelek i wyciągnął opróżnionego w połowie Jonnego Walkera. W górnej części lodówki znalazł torebki foliowe z lodem. Przeszukał okoliczne szafki gdzie znalazł również szklanki służące serwowaniu wyszukanych trunków, wybrał adekwatną do spożycia tego co wyciągnął z lodówki. Z napełnioną szklaneczką w ręku i cygarem w zębach odwrócił się ponownie w stronę biurka i ułożył nogi w identycznym geście jak poprzednio na jego blacie.

Przez chwilę poczuł się naprawdę zrelaksowany, mimo napięcia które zdawało się go nie opuszczać ani na chwile. Wlepił wzrok w portret na wprost niego. Wisiał dokładnie na wysokości jego wzroku, w grubej brązowej ramie. Przedstawiał jego, Martę i Piotrka, ale takiego malutkiego Piotrka. Synek ubrany był w białe ubranko i miał na głowie berecik, tak trochę założony na bakier. To pewnie pamiątka z chrztu, bo i oni ubrani byli odświętnie. Marta miała na sobie zwiewną, błękitną sukienkę, a on beżowy garnitur. Ten błogi widok psuł tylko jeden szczegół, portret wisiał krzywo. Wstał i podszedł do przeciwległej ściany. Wyprostował portret wolną dłonią i zamyślił się chwilę. Wyciągnął ponownie dłoń w stronę portretu, ale tym razem uniósł go delikatnie, odsuwając od ściany i przytulił twarz do chłodnego drewna które pokrywało wnętrze gabinetu. Popiół z cygara spadł na kwiatek doniczkowy stojący na blacie kominka, umieszczonego dokładnie pod portretem. Cóż, przecież kiedyś wyczytał gdzieś, że popiół dobrze wpływa na glebę roślin doniczkowych. Uśmiechnął się pod nosem, bo przecież nie zaburzył piękna gabinetu takim małym fo pa. Zerknął na przestrzeń za portretem. No i tego właśnie się należało spodziewać, sejf. Hmm, super, ale skąd miał znać szyfr do tego sejfu. Dopiero co zderzył się z rzeczywistością, że nie jest w stanie otworzyć nędznej teczki która prawdopodobnie zawierała jakieś bardziej bądź mniej nudne zapiski odnośnie słynnego projektu, którego był wynalazcą, a tutaj kolejna porażka.

Odstawił szklaneczkę z trunkiem tuż obok kwiatka na kominku. Zaciągnął się na nowo cygarem i z rozkoszą wypuścił dym nosem. Rozejrzał się dookoła. Spojrzał ponownie na portret. Piotruś tak ładnie, pogodnie się uśmiechał, ale, no właśnie, było pewne ale, Piotruś miał kolczyki w uszach. Czyżby tak się spaczyli z Martą, przekłuli synowi uszy do chrztu. Nie, to jakaś skaza na portrecie. Ale to dziwne aby była dokładnie na uszkach małego dziecka. Może autor tego arcydzieła wykręcił im zwyczajnie psikusa. Zresztą co to ma za znaczenie. Niczego się sensownego jeszcze nie dowiedział, czas by poszukać czegoś co da mu jakieś wskazówki, bo jak na razie stoi w miejscu, a czas płynie nieubłaganie.

Podszedł ponownie do biurka, cmoknął kilka razy cygaro i obszedł je dookoła. Odsunął fotel i przyjrzał się uważnie meblowi. Biurko nie posiadało standardowej szafki, a wyłącznie same szuflady. Zaczął wertować kolejne z nich. Ostatnia z szuflad po lewej miała płytkie dno. Zdziwił się bo to istny feler na tle całokształtu wystroju nie tylko samego biurka ale i całego gabinetu. Ale, może to nie feler, włożył głębiej dłoń i na końcu szuflady wypełnionej przyborami do pisania wyczuł tasiemkę.

Pociągnął i poczuł że dno szuflady się unosi. Opadł na kolana i zdecydowanym ruchem wyciągnął szufladę na zewnątrz. Położył ją przed sobą na dywanie. Wyciągnął górną część szuflady i jego oczom ukazało się drugie dno, na którym spoczywał błękitny notatnik. Rozejrzał się po gabinecie, jakby w obawie czy nikt go nie obserwuje, zupełnie jak nastolatek który ukradkiem znalazł się w posiadaniu pamiętnika swojej starszej siostry, a następnie ostrożnie wziął go do ręki. Zerknął niepewnie w stronę oszklonej części gabinetu prowadzącej do bajecznego ogrodu, wstał i usiadł w fotelu. Ponownie obiegł zmieszanym wzrokiem pokój, czuł się jakby miał za chwile zajrzeć w czyjeś myśli. Tak jakby miał odkryć czyjeś najgłębiej skrywane tajemnice. Ale nie, przecież nie powinien mieć skrupułów, przecież to jego notatnik. Tak przynajmniej sugerowały inicjały wyryte na nieskazitelnie gładkiej powierzchni terminarza. „K.A.”, pięknie wygrawerowane litery, oznaczające jego imię i nazwisko. Otworzył notatnik i zaczął czytać.

„ 2 styczeń 2011 rok

Najpiękniejsza chwila mojego życia, Klaudusia dzisiaj przyszła na świat i już w pierwszej sekundzie istnienia poczuła mój oddech na swoim ciałku. Nigdy nie myślałem że czynne uczestniczenie w porodzie jest takie pasjonujące. Gdy przecinałem pępowinę czułem się jak ktoś bardzo wyjątkowy, jakbym to ja dawał jej nowe, piękne życie, a jednocześnie jak bym właśnie poprzysięgał że będę wiernie przy niej trwał całe życie po to by zawsze czuła się bezpieczna i kochana. Marta czuje się dobrze, chociaż poród był bardzo ciężki. Teraz mam nowy cel w życiu, muszę zdobyć wszystko co najlepsze dla tej ślicznej Królewny. Ona jest warta największych bogactw.”

A więc miał też córkę, ale co się z nią stało? Gdzie jest teraz? To by wyjaśniało kto jest na portrecie. Uniósł wzrok i dopiero teraz zauważył że oboje z Martą wyglądają sporo młodziej na tym wizerunku, chociaż na pierwszy rzut oka wcale tego nie zauważył. Zerknął na oszkloną część gabinetu prowadzącą do ogrodu. Tak, teraz był starszy niż na portrecie, ba starszy niż jest w tych czasach z których przybył. Ten na portrecie to niemalże skóra zdjęta z tego faceta którym był zanim zjawiło się to coś, co sprowadziło go tutaj. No cóż, może to z drugiej strony efekt farb, zdjęcia zawsze lepiej oddają rzeczywistość niż malowidła. Uśmiechnął się do siebie i czytał dalej z zaciekawieniem.

„Jestem ojcem pięknej panienki, jestem taki dumny z tej Gwiazdki i taki szczęśliwy, że już po powrocie do domu, pierwsze co zrobiłem to wezwałem notariusza i zmieniłem testament. Wszystko co mam będzie miała Klaudusia. Chcę aby była Królewną w każdym calu. Może kompletnie zwariowałem, ale zaprojektowałem dla niej już nawet dom, będzie miał jedenaście pokoi, piękny salon z przejściem na kuchnię, cztery łazienki, trzy ubikacje i garaż na trzy samochody. Heh tak się zawziąłem że mam już nawet projekt jej samochodu, nazwę ten model Klaudia, na jej cześć. Model przetrwa setki lat zupełnie jak imiennik córki twórcy mercedesa. Tak wiele szczęścia dotyka mnie ostatnimi czasy, ze aż się boję aby się to wszystko równie gwałtownie nie skończyło. Co najzabawniejsze nigdy o tym nawet nie marzyłem, nigdy nie myślałem że spotka mnie tak wiele. Zatrudnienie w Tranperonie pociągnęło za sobą same plusy, a przy tym ta dodatkowa gaża ... hmm ... z tym akurat trzeba skończyć jak najszybciej, krótko trwa i może lepiej żeby się już skończyło. Tylko ta kasa, za każde kolejne zlecenie płacą coraz więcej, a ja mam teraz nowy cel w życiu. Ona musi mieć wszystko co najlepsze.”

Przerzucił kilka kartek i uśmiechnął się do siebie, bo znalazł tam zdjęcie małej dziewczynki, całkiem naguteńkiej, siedzącej na trawie w asyście białego kota. Tak to ten sam kocur, który dzisiaj łasił się do niego w kuchni. To musiał być on, miał taką samą brązową łatę na końcu ogona. Na zdjęciu przynajmniej był w stanie rozpoznać kolor, bo w ciemności wydawała się ona kompletnie czarna. Dziewczynka była promiennie roześmiana, musiała być naprawdę szczęśliwa, no ale ciężko się temu dziwić. Każde dziecko mające wszystko czego zapragnie byłoby roześmiane. Chwilę jeszcze przyglądał się fotografii, po czym pogrążył się na nowo w lekturze.

„5 lipca 2012 rok

Klaudunia coraz więcej czasu spędza ze mną. Na początku istniała dla niej tylko Marta. Odkąd jednak ukończyła roczek, Tatuś stał się dla niej mentorem i znawcą który wprowadza ją w tajniki otaczającego świata. Marta znów jest w ciąży, nie chciałem tego, ale teraz na myśl o tym że będę podwójnym Tatą, wypełnia mnie prawdziwa ojcowska duma. Klaudunia też jest szczęśliwa i chyba rozumie co się dzieje bo często pokazuje brzuch Marty i tuli się do mnie. Coraz rzadziej bywam w domu, tak wiele zleceń mam teraz, ale ta kasa ... nie da się tego opisać. Nowe projekty idą jak świeże bułeczki, nie chcę myśleć dla kogo i po co to robię, tak jest dla mnie lepiej. Ważne że płacą, dużo i w terminie. Teraz te pieniądze są dla nas tak ważne”

Westchnął i przerzucił kilka kolejnych, zapisanych maczkiem stron. I tutaj spotkała go niespodzianka. Tekst był rozmazany, pochyły, nie taki jak wcześniej, staranny i równy. Strona nie była zapisana do końca. Tusz rozmazywał się i niektóre słowa z trudem udało mu się odczytać. Zupełnie jakby ktoś rozlał coś na notatnik, lub uronił praktycznie potok łez.

„26 września 2012 rok

Dzisiaj zgasł płomyk mojego szczęścia, moja Królewna zostawiła mnie samego. Jeszcze wieczorem czytaliśmy bajkę a rano jej ciałko było zimne i strasznie blade, tak białe i wiotkie, jakby była uszyta z prześcieradła. Moja rozpacz sięga zenitu. Krzyczałem że nienawidzę tego świata, spaliłem wszystkie obrazki symbolizujące wiarę, powiedziałem że nigdy więcej nie pójdę do kościoła. Marta zaniosła się płaczem i zamknęła w sypialni. Powiedziała że oszalałem, że muszę być na pogrzebie, ale ja odmówiłem. Lekarz ostrzegł mnie że ciąża może być zagrożona i kazał jej dużo odpoczywać. Płód jest bardzo niespokojny, serduszko nie bije miarowo, to zbyt wielki stres który przez Martę przenosi się na mojego synka. Wiemy już że będzie chłopiec, moja kruszynka miałaby braciszka, ale jej nie ma, nie ma i już nigdy do mnie nie wróci. Marta ciągle płacze, słyszę jej płacz nawet teraz, chociaż jest już grubo po północy. Tyle że ja chyba nawet nie mam ochoty jej pocieszać. Czuję jakbym stracił wszystko, nawet uczucie które łączyło mnie z własną żoną. Wszystko umarło, zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie chce mi się zupełnie nic robić, praca przestała mi dawać satysfakcję, a pieniędzmi choć mogę się zacząć z nadmiaru podcierać, zacząłem się zwyczajnie brzydzić. Zresztą szef zabronił mi w takim stanie przychodzić do pracy. Fakt faktem poza emanującym ze mnie zmęczeniem i cierpieniem wyglądam jak ostatnie nieszczęście. Wiecznie potargany, zarośnięty jak małpa, ale szczerze, nawet nie mam siły utrzymać golarki w ręku, zresztą po co ...

Marta nadal nie wpuszcza mnie do pokoju. Jedzenie podaję jej przed drzwiami sypialni, a ona zabiera nakrycia gdy odchodzę. Nawet jej nie widuję, to niby jak ma mi na niej wciąż zależeć. Ona chce żeby było jak dawniej, ale przecież tak już być nie może. Klaudusia jest gdzieś daleko, bez niej to już nie to samo życie. Świat nie zna litości, zabrał mi jedyne pragnienie, jedyne szczęście dla którego było warto żyć, jedyną radość, zabrał mi wszystko co miałem.”

Spod powieki wypłynęła mu łza i z rozpryskiem uderzyła w kartkę notatnika. To przecież jego życie, to go dotknęło i chociaż niczego nie pamiętał bo nie miał prawa pamiętać, słowa przeszyły go na wskroś. Nigdy nie płakał oglądając nawet dramat, owszem czasami się wzruszał ale nigdy do łez. Tyle że nigdy tragedia nie dotyczyła jego samego i bliskich mu osób. I choć oczy spowiła mu mgła, czytał dalej.

„28 września 2012 rok

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, nie ma przebaczenia dla tych którzy przyzwalają aby zło miało prawo bytu. Przysięgam że ją pomszczę, w tym czy innym życiu. Dzisiaj Karlos ponowił ofertę, przyjmę ją, nic się już nie liczy, nie warto być prawym bo wtedy tylko dostaje się od życia w dupę. Nic mnie to nie kosztuje, a dzięki temu doświadczę jak to jest zadawać ból, będę Bogiem, zdecyduję kto umrze a kto żyć będzie nadal. Nienawidzę wszystkiego i wszystkich, nie chcę już w nic wierzyć. Nie zależy mi na niczym, chcę aby to się skończyło, tak, skończę z tym, z sobą, nie, wtedy nie będę mógł odreagować tego bólu, chcę zadawać cierpienie, chcę aby ktoś poczuł się tak jak ja się poczułem gdy wydarto mi serce.

Marta błagała mnie dzisiaj abym poszedł z nią pożegnać moją Księżniczkę, ale odmówiłem. Zalała się łzami i wykrzyczała że mnie nienawidzi. Ja nie mogłem, a ona tego nie rozumie. Oni włożyli ją do ciemnej trumny, zimnej i takiej surowej. Ją, ten mały, piękny kwiatuszek, pielęgnowany przeze mnie przez tyle miesięcy. Wyglądała jak laleczka, a oni chcieli abym pozwolił, żeby opuścili ją w ten zimny mroczny dół i sypali na nią grudy ziemi. Nie, tego nie mogą ode mnie oczekiwać, ani Marta, ani nikt inny.

Nie pozwolono mi zareagować, nie spytano o zdanie, wydarto mi to co było moje. Nienawidzę wszystkich i wszystkiego. Jeśli tylko będę mógł zadać ból który wynagrodzi mi to co czuję teraz zrobię to z prawdziwą przyjemnością. I wiem nawet jak tego dokonam. Długo będą pamiętać Karola Atobosa i jego dzieło.”

W tym miejscu tekst się urywał. Jak los może mnie tak doświadczyć? Czy zdołam tego uniknąć gdy wrócę i jeśli wrócę? I kim u diabła jest znów ten Karlos? Zamyślił się przez chwilę, a później wpadł na genialny pomysł. Chwycił teczkę i przysunął do siebie notatnik. Ustawił kombinację szyfru wybierając kolejne cyfry 26092012, spróbował otworzyć, niestety. I nagle go olśniło „Najpiękniejsza chwila mojego życia ...” i spróbował ponownie tym razem wprowadzając 02012011 i usłyszał głuche i bardzo ciche plaśnięcie, po czym teczka otworzyła przed nim swoje tajemnice.

Wewnątrz leżały w nieładzie dokumenty, a poniżej lśniła czarna obudowa laptopa z napisem „TOSHIBA”.

– Zbieraj się, jesteśmy prawie gotowi do wyjścia, a Ty jeszcze w gaciach od piżamy – Marta stała się dla niego oschła i opryskliwa, odkąd potraktował ją chłodno w gabinecie.

– Wystraszyłaś mnie – wybełkotał

– To Ty się jeszcze czegoś boisz? – zapytała z ironią i dodała – jeśli nie chcesz się spóźnić na to Twoje durne otwarcie, musimy najdalej za godzinę wyjechać z domu.

Stała chwilę w drzwiach gabinetu wpatrując się w zmieszanego Karola, po czym okręciła się na pięcie i odeszła.

– A, posprzątaj po sobie ten bajzel, Pani Irena ma dzisiaj wolne – dorzuciła z korytarza.

– Pani Irena? – zapytał sam siebie i również sam sobie odpowiedział – pewnie mamy pokojówkę czy coś takiego

Wrzucił dziennik do szuflady, nakrył drugim dnem i wsunął ostrożnie do wnętrza biurka. Zatrzasnął wieko teczki i przekręcił zamek szyfrowy, chwycił za rączkę i ruszył w kierunku drzwi wejściowych do gabinetu, gdy ponownie go olśniło. Odwrócił się i podszedł do portretu. Zdjął go i ostrożnie położył na dywanie. Wpatrywał się chwilę w sejf, po czym wybrał tą samą kombinację co w przypadku teczki, ale ten ani drgnął. Zamyślił się chwilę i przyjrzał zamkowi. Widniały na nim litery alfabetu. Ustawił pokrętło na literze „K” i ponownie spróbował kombinacji, gdy skończył zamek wskazywał literę „A” – jego inicjały. Otworzył drzwiczki sejfu i zajrzał do środka. Sejf wypełniony był po brzegi gotówką, a z prawej strony leżała pokaźnych rozmiarów kasetka. Wyciągnął ją zdecydowanym ruchem i otworzył. Wewnątrz po prawej stronie lśniła wypolerowana, czarna beretta. Po lewej stronie zaś jej siostra bliźniaczka, równie lśniąca jak jej poprzedniczka. Oczy wyszły mu niemal na wierzch. On i broń? Po co do cholery informatykowi dwie spluwy? Oj coś tu strasznie nie gra.

Każda z nich miała jego inicjały na rękojeści. Każda przyprawiała go również o zawrót głowy. On bał się zawsze broni. Zamknął kasetkę, wrzucił do środka, chwycił plik banknotów i zamknął sejf kręcąc kilkakrotnie zamkiem dla pewności, że nikt nie zdoła go otworzyć.

Odwiesił portret na miejsce, chwycił teczkę z dokumentami i puścił się biegiem do sypialni. Na łóżku leżał już przyszykowany popielaty garnitur i biała koszula. Przy łóżku zaś stały wypolerowane buty. Wskoczył pod prysznic i błyskawicznie wcisnął się w strój który przyszykowała Marta. Zdążył dokładnie na czas, bo gdy kończył wiązać krawat usłyszał głos żony:

– Śniadanie!

Nie był to zwykły posiłek, ale wyszukane jadło. Jajka na bekonie, świeże, pachnące bułeczki i pyszna kawa zbożowa. Karol nie mógł pomieścić w głowie wszystkich swoich przemyśleń, jego wzrok był mętny a na pytania Marty kiwał twierdząco lub przecząco głową, nie rozumiejąc do końca co do niego mówi. Piotruś miał na sobie również dopasowany garnitur, zupełnie jakby szyli go na nim a nie tylko dla niego. Obok krzesła na którym siedział chłopiec leżał wielki pies liżąc łapsko, bo łapkami to tego nazwać nie można. Marta krzątała się po kuchni mamrocząc coś do siebie pod nosem. Najpierw myślał że coś nuci, ale gdy się wsłuchał zdecydowanie rzucała krótkie, zdawkowe komentarze pod jego adresem. Wolał jednak nie reagować.

Wszystko niby stanowiło idealny obrazek jego przyszłego życia, gdyby nie ten notatnik, a raczej pamiętnik czy dziennik. No i jeszcze ta broń w sejfie.

– No, jeśli mamy być na czas, to musisz już iść po samochód – z zamyślenia wyrwał go głos żony

Nawet nie odpowiedział tylko wstał i skierował się do wyjścia na podwórze.

– Kluczyki – powiedziała, a gdy się odwrócił zobaczył że coś leci w jego stronę.

W obronnym geście chwycił co nadlatywało. Był to kluczyk samochodowy z przyczepionym breloczkiem, ten szczególnie przykuł jego uwagę, miał te same inicjały co dziennik z szuflady biurka. Ale poza inicjałami, było również serduszko a w jego wnętrzu maleńkie zdjęcie jego i Klaudusi. A więc to nie jego inicjały, tylko córeczki. Chociaż tak naprawdę mogły być jego, przecież mieli te same.

Wyszedł szybkim krokiem i po chwili znalazł się już przed domem. W nocy nie było tu tak pięknie, no i nie zwrócił uwagi na tą piękną woń zieleni. Nie cieszył się nią jednak zbyt długo, w garażu uderzył go ostry zapach benzyny. Otworzył zamaszystym ruchem drzwi samochodu i usiadł na fotelu kierowcy. Przy wstecznym lusterku wisiał pomięty banknot. Zdjął go i przysunął do światła. Na banknocie widniał napis „Udanej podróży metrem”. Ale przecież oni mieli pojechać na otwarcie samochodem.

Przekręcił kluczyk w stacyjce, kokpit rozbłysnął magią kolorowych kontrolek. Wyświetlacz komputera pokładowego wyświetlił komunikat z ilustracją dystrybutora. I wtedy dotarło do niego.

– Ta suka spuściła paliwo z baku – wyszeptał i wysiadł z samochodu

Obszedł wóz dookoła i znalazł to czego się spodziewał, mokry beton nasiąknięty benzyną. Z baku wystawał gumowy wąż, opadający bezwiednie na zalany beton. Wyszarpnął go zdenerwowany i cisnął w kąt. Rozejrzał się chwilę po garażu za kanistrem. Być może jest tam gdzieś wetknięty baniak z benzyną.

W garażu panował ład i porządek, no cóż może przy Marcie stał się pedantem, a może ona tu sprzątała, albo ta cała Pani Irenka co ma dzisiaj wolne. Nigdzie jednak nie było widać kanistra. Zaklął pod nosem i wyszedł z garażu trzaskając drzwiami. Ruszył nerwowym krokiem w kierunku domu. Gdy wszedł do środka Marta była już w korytarzu poprawiając przed lustrem swoją fryzurę. Piotruś stał wyprostowany jak struna i obserwował mamę gimnastykującą się przed lustrem.

– Dzwoń po taryfę – rzucił na wejściu do Marty

– Co się stało? – zapytała

– Problemy z paliwem – odburknął

– Daj spokój do stacji metra jest zaledwie pół kilometra drogi od nas z domu, pojedziemy tym Twoim wynalazkiem.
Czytaj więcej

Rozdział 3

Stację metra przyozdabiały liczne, kolorowe lampiony. Wzdłuż środka lokomocji jego projektu stało mnóstwo ludzi, część z nich wsiadała do wnętrza, część stała na peronie i machała do będących już w środku. Wszędzie powiewały chorągiewki z logo Tranperonu. Panował tłok i gwar, ale mimo to wszystko skutecznie zagłuszała muzyka odtwarzana przez wehikuł którym mieli odbyć podróż na otwarcie wielkiego projektu. Całość była dla Karola zaskakująca, ale jednocześnie wzbudzała podziw. Jakby na to nie patrzeć to jego dzieło i miał bezwzględne prawo do dumy z wyników swojej pracy, choć nie pamiętał jak do nich doszło.

Karol przeciskał się między stojącymi gapiami, trzymał za rękę Piotrusia, którego druga dłoń spoczywała w dłoni Marty. Dotarli do pociągu, przepuścił żonę i syna w drzwiach i tu spotkał się z wielkim zaskoczeniem. Trzeba przyznać że bardzo przemyślał ten projekt. Korytarz był bardzo szeroki i przestronny, jak na przejście w zwykłym pociągu metra. Ba, to w ogóle nie przypominało pociągu, niejeden pokój w mieszkaniu nie jest tak szeroki jak korytarz którym właśnie szli. Po lewej stronie znajdowały się wejścia zapewne do przedziałów, to właśnie bowiem spodziewał się znaleźć za każdymi drzwiami wzdłuż których przechodził. Chociaż czasami to co podpowiada nam rozsądek nie ma pokrycia w rzeczywistości, być może za drzwiami kryły się pokoje a nawet salony. Sam nie bardzo wiedział czy powinien się zatrzymać i wejść do jednego z pomieszczeń, czy też iść dalej, a jeśli tak, to jak długo i gdzie się zatrzymać.

– Karol, Ty też się zdecydowałeś na przejażdżkę tym cudem? – z zamyślenia wyrwał go rozentuzjazmowany, tubalny, męski głos, odwrócił się i zobaczył zmierzającego ku nim pulchnego mężczyznę grubo po pięćdziesiątce

– Witam Pana – wydukał niepewnie Karol

– Matko, a co to za oficjalna forma. – zaśmiał się nieznajomy i zwrócił się następnie do Marty – zapewniam Panią, że w firmie wszyscy jesteśmy na Ty, jak mniemam Pani Atobos? Miło mi Panią wreszcie poznać – uśmiechnął się i ucałował dłoń Marty

– Tak, zgadza się – potwierdziła – a Pan to zapewne Janusz Leda? Szef Karola?

– Naturalnie, we własnej osobie. – roześmiał się a wszystkie zęby zalśniły w świetle lamp ciągnących się wzdłuż korytarza – Karol zaklinał się że nie ma ochoty jechać tym cudem i przybędziecie tuż przed naszym przyjazdem do centrum Krosna, jego nowym samochodem. Napaliłem się trochę, bo oglądałem ten wózek w necie i powiem Pani że olśnił mnie niesamowicie, piękny wóz. Produkują go już od lat, ale ta wersja przeszła moje najszczersze oczekiwania.

Marta spojrzała znacząco na Karola i gestem próbowała zachęcić go do wypowiedzi, jednak bezskutecznie. Leda widząc że temat się nie klei spróbował ponownie.

– Kochani, skoro wszyscy podróżujemy w tym samym kierunku i tym samym środkiem transportu, uważam że powinniśmy odbyć tę podróż wspólnie, czy mogę liczyć na wasze towarzystwo?

– Hmm, naturalnie – odpowiedziała spontanicznie Marta po czym zwróciła się do osłupiałego męża – Karol?

– Tak, jasne, z przyjemnością – Karol wysilił się na uśmiech

– Cudnie, nawet nie wiesz jak się cieszę – Pan Leda wydawał się być zachwycony ich wyborem – nawet nie wiesz Karolu jak cieszy mnie sukces naszej firmy, którego Ty jesteś żywym dowodem – mówił jak nakręcony – jeszcze jedno takie cudo, a nawet Twoje wnuki będą ustawione do końca życia. Proszę, chodźcie za mną. Specjalnie dla najdostojniejszych gości zarezerwowany został jeden z wagonów restauracyjnych. Mówię Wam istne cudo, zresztą Karol sam wszystko projektował, a Pani jest zapewne doskonale doinformowana.

– Niekoniecznie – odparła Marta – właściwie nie wiem kompletnie o niczym, ale przyznam że zdumiała mnie wielkość tego obiektu i w ogóle, całokształt. Zewsząd tryska taki przepych i bogactwo, zupełnie jak z królewskich salonów.

– Tak, ma Pani rację – odparł szef Karola – zdumiewa mnie fakt że Pani małżonek nie zdradził żadnego szczegółu swojego projektu, ale zapewne chciał wprawić Panią w zdumienie i zachwyt na widok tego nad czym tyle czasu pracował i co pozbawiało go możliwości spędzania z Panią i ślicznym synkiem więcej czasu.

– Możliwe – odparła marszcząc czoło

– Zapewne tak było – ciągnął Leda – Musi Pani wiedzieć że to ja przyczyniłem się do tego braku czasu dla rodziny. Cóż taki projekt wymaga czasu i zaangażowania o ile chcemy jak najszybciej go wdrożyć. I tak nie bardzo wierzyłem że uda nam się tego dokonać w czasie krótszym niż dziesięć lat, ale jednak się udało. Chodźmy proszę do naszego wagonu.

Marta trzymając wciąż Piotrusia za rączkę ruszyła śmiało przed siebie w kierunku wskazanym przez Ledę, Karol chwilę się wahał, ale dogonił ich po otrząśnięciu z zamyślenia. Przeszli jeszcze kilka wagonów, zanim Pan Leda oznajmił że dotarli do właściwego. Wagon znacznie odbiegał od powszechnych oczekiwań w tym zakresie. Tuż przy wejściu znajdował się wielki bar, gdzie za bufetem stało dwóch barmanów żonglujących butelkami podczas przygotowywania drinków. Całość przypominała wnętrze klubu a nie pociągu. Marcie oczy zaszły mgłą, pierwszy raz od dawien dawna poczuła się jak księżniczka. I choć broniła się zawsze od porównań, miała wrażenie jakby płynęła Tytanikiem, choć tego czym się poruszała nie sposób było zatopić, ale ten przepych i bogactwo, a jednocześnie świeży zapach farby, drewna, plastiku i innych wykończeń stwarzał bardzo podobny klimat.

Wagony przez które przechodzili idąc do tego miejsca, również nie pozostawiały niczego do życzenia, były pięknie wykonane i pełne przepychu. Ten jednak różnił się i to znacznie, było tu mnóstwo uwijającej się jak w ukropie obsługi, roznoszącej na tacach rozmaite przekąski i trunki. Do tego ten cudowny bar i ten klimat który tworzyła obsługa, wszystko jak w bajce. Marta zamyśliła się chwilę po co to wszystko?

– Dla zwykłych ludzi taki przepych? – zapytała

Leda uśmiechnął się, rozejrzał dookoła, westchnął i zwrócił na nią ciepłe, pełne zrozumienia spojrzenie.

– Droga Pani Atobos, wagony które Pani widzi zostaną odczepione, pozostaną jedynie te, które ciągniemy za sobą, szablonowe pomieszczenia posiadające sto miejsc siedzących każdy, z wygodnym, szerokim przejściem i obsługą. Przypominają do złudzenia pokład samolotu pasażerskiego. Zresztą z pewnością będzie Pani miała okazję je obejrzeć i sama ocenić. – widząc jednak że wyraz zdziwienia nie znika z twarzy Marty, Leda ciągnął dalej – Najprościej ten model można przyrównać do bardzo luksusowego samolotu, tyle że baaaardzo długiego. Można będzie nim podróżować między dzielnicami większych miast, jak również miedzy miastami wewnątrz Polski ale i poza nią. Musi zatem stwarzać poczucie komfortu i bezpieczeństwa. A odrobinka luksusu to już tylko wisienka na torcie.

Stanęli pośrodku pomieszczenia do którego wprowadził ich Leda. Dookoła znajdowały się większe i mniejsze stoliki, nakryte na dwie i więcej osób. Na środku lewej ściany pomieszczenia widniał niewysoki podest na którym zamieszczono fortepian, perkusję i wiele innych instrumentów. W chwili gdy się zatrzymywali, na scenę wkroczyła piękna rudowłosa dziewczyna trzymając w dłoni skrzypce, a już po chwili ich uszu dobiegł delikatny dźwięk. Kelner podszedł do nich i skłonił się wysuwając w ich stronę tacę z szampanem.

Marta i Pan Leda, zupełnie jakby było to coś naturalnego, skorzystali z tego powitania w nowym miejscu. Karol zdawał się papugować każdy ich ruch, w obawie że zdradzi się co do braku orientacji w sytuacji w jakiej się znalazł. Właśnie pociągnął spory łyk, gdy Pan Leda zwrócił się do nich:

– Pozwólcie że przedstawię Wam moją małżonkę – tu skierował wzrok na pochyloną nad talerzem z przystawkami blond kobietę – Kiciu, to właśnie lider mojej firmy, Karol Atobos z małżonką i synkiem.

Karolowi przełyk odmówił posłuszeństwa, szampan niebezpiecznie cofnął się do gardła i jego musująca natura wypełniła kanały nosowe. Przed nim stała kobieta którą widział nie dalej jak kilka godzin temu, całkiem nagą w swoim garażu. Ta sama którą zostawił na tylnym siedzeniu samochodu, a która w tymże aucie zostawiła mu wiadomość, która z kolei stała się powodem jego furii tego ranka. Parsknął nie mogąc opanować naturalnej reakcji organizmu na nadmiar gazu w układzie oddechowym, odchrząknął i zalany rumieńcem, starając się nie zwracać na siebie większej niż już to miało miejsce uwagi, ukłonił się dostojnie, a następnie pochylił by ucałować dłoń blond piękności.

– Bardzo mi miło Panią poznać

– Mnie również Panie Atobos – odpowiedziała po czym dodała – wydawało mi się że zobaczymy się z Panem dopiero na miejscu

– Istotnie – wtrąciła Marta, którą ewidentnie wzburzyło zachowanie Karola w stosunku do żony szefa – tyle że mężczyźni nie do końca dbają o samochody tak jak to się zwykło powszechnie mówić i jak się okazało musieliśmy skorzystać z obecnego środka transportu

– Helena – blond piękność wyciągnęła swoją dłoń do Marty, a jej uśmiech odkrył niezwykłą biel zębów, podkreśloną soczystą czerwienią pomadki do ust

– Bardzo mi miło Panią poznać ... – zaczęła Marta

– Ależ jaka tam Pani, wydaje mi się że w takiej sytuacji możemy darować sobie taką formę – wypaliła Helena i uścisnęła silnie dłoń Marty

– No to drogie Panie, zostawimy Was na chwilę, mamy z Karolem coś do obgadania i całe szczęście że spotkaliśmy się tyle czasu wcześniej – Pan Leda skinął na Atobosa

Ten niepewnym krokiem ruszył za szefem, wciąż oglądając się przez ramię na żonę i jej towarzyszkę podróży. Czy coś jej powie? Czy zasieje ziarno niepewności w jej sercu? Tak bardzo pokpił sprawę, ma jeszcze tyle tajemnic małżeńskich do zgłębienia, nie wspominając o firmie. No właśnie, musi spławić Ledę i zająć się swoimi notatkami. Położył dłoń na torbie przewieszonej przez ramię, upewniając się czy nadal tam jest, zupełnie jakby to była jego przepustka do lepszego życia.

– Siadaj Karolu – Leda wskazał Karolowi zaciszną kanapę ustawioną wzdłuż wagonu w ustronnym miejscu – posłuchaj, uważam że powinieneś wiedzieć o tym wcześniej – kontynuował – nie chciałem tego poruszać w pracy, zdecydowałem ze dowiesz się jak wszyscy, na uroczystym oddaniu projektu, ale dziś rano żona zaczęła siać w moim sercu niepokój i ... – Karol poczuł jak robi mu się duszno i gorąco jednocześnie – ... i zdecydowałem że powiem Ci to teraz.

Pan Leda zrobił chwilę przerwy w swojej wypowiedzi, Karol patrzył na niego, wyczekując co zaraz się stanie, czy padną jakieś zarzuty co do jego pracy, a może gorzej, może żoneczka wypaliła mężusiowi że jego najlepszy pracownik ją dmucha po nocach?

– Karolu – wznowił swą wypowiedź Janusz – chcę abyś od dnia jutrzejszego objął stanowisko wiceprezesa zarządu w Tranperonie – uśmiechnął się do niego serdecznie

Atobos poczuł jakby ziemia usuwała mu się spod nóg, zatkało go dokumentnie, na szczęście nie musiał długo czekać na wybawienie.

– John, how are you? – zmierzał ku nim wysoki sędziwego wzrostu mężczyzna – zupełnie jakbyśmy znów byli w stanach co stary capie?

Karol nie widział go nigdy wcześniej, nawet nie mógł skojarzyć skąd może go znać i czy powinien go znać. A jeśli tak, to czy powinien się cieszyć na jego widok, czy może raczej nie. Co gorsza zadziwił go fakt, że ów zmierzający w ich kierunku mężczyzna nie idzie sam a w towarzystwie rosłych gości z którymi bynajmniej nie chciał by mieć do czynienia, nawet gdyby był w wyjątkowo dobrej formie,

– Oh, Jack! – wykrzyknął Leda i gromko się roześmiał – dokończymy tą rozmowę później Atobos, a tego gościa chyba nie musze Ci przedstawiać, to prezydent Dyzer – mrugnął porozumiewawczo do Karola – jednak dobrze że zdecydowałeś się pojechać tym cackiem, – i ponownie zwrócił się do mężczyzny który znalazł się już na wyciągnięcie ręki – Możemy trochę powspominać i wymienić poglądy na temat rozwoju techniki w naszym kraju. Pozwól jednak że na wstępie przedstawię Ci mózg mojej firmy, Karol Atobos, twórca tego czym właśnie suniemy w nieznane – roześmiał się ubawiony własnym poczuciem humoru.

– To już ruszyliśmy? – prezydent nie krył zdziwienia – Nic nie czułem. Miałeś rację to istna rezydencja na szynach.

– A było mnie słuchać. – odparł Leda – I powiem ci w sekrecie że to nie jest jedyna z właściwości tego wynalazku, która wpędzi cię w zakłopotanie i zachwyt – dodał z uśmiechem.

– Panie Karolu toż to prawdziwy cud. – ciągnął prezydent tym razem patrząc już prosto na Atobosa – Gdy podpisywałem zgodę na budowę tego wynalazku, nie wiedziałem że tyle dobrego wniesie dla naszego kraju, a tu, proszę, słyszałem że już pojawiają się pierwsze oferty zakupu praw do zdublowania projektu w innych krajach – prezydent uśmiechał się szeroko, Karolowi nawet wydawało się że jego usta są aż suche od tego wiecznego wdzięczenia się do wszystkich, taki to musi mieć przechlapane, chodzi i śmieje się z byle powodu, byle tylko zjednać sobie elektorat.

– Tak, nie spodziewałem się takiego odzewu, gdy pierwszy raz w tym zaszczytnym celu wziąłem ołówek do ręki – odpowiedział Karol, najgrzeczniej jak potrafił

– Jak zawsze żarty się Ciebie trzymają Karolu – roześmiany Leda kiwał się niebezpiecznie w obliczu jego postury to w przód to w tył – cóż kochany, opuścimy Twoje przemiłe towarzystwo, w pobliżu Jacka może przebywać na terenie pociągu max jedna osoba, widzisz tych Panów tuż za nim? – zadał retoryczne pytanie, bo już za chwilę ujmując prezydenta pod rękę oddalił się w kierunku baru.

Karol stał przez chwilę jak wrośnięty w ziemię. Zerknął niepewnie w stronę stolika przy którym zostawił żonę i dziecko, a następnie przysiadł ponownie na kanapie, której miękkość opuścił zaledwie przed chwilą aby uścisnąć dłoń samego prezydenta. Machinalnie chwycił się za bok, na którym spoczywała przewieszona przez ramię teczka z laptopem i notatkami. Wybrał odpowiednią kombinację, rozejrzał się badawczo dookoła i otworzył ją.

Wokół rozbrzmiewała melodia wygrywana przez skrzypaczkę, ale zmieszana z jeszcze jednym dźwiękiem. Tak, teraz na scenie była również wiolonczelistka. Karol przerzucał nerwowo kolejne strony notatek, żadna jednak nie była ani przemówieniem, ani też nie omawiała zagadnień związanych z projektem. Wyrzucił całą zawartość teczki do góry dnem i z jeszcze większym zapałem zaczął wertować papiery. Spomiędzy kartek wypadło niewielkie pudełko w kształcie walca i potoczyło się po podłodze zatrzymując się pod uniesionym skórzanym butem kogoś kto stał tuż obok Karola, a kogo wcześniej nie zauważył.

– Wszystko w porządku Panie Atobos? – zapytał nieznajomy

– Tak, jak najlepszym – odparł Karol dziwnie zmrożony widokiem mężczyzny w czarnym garniturze zakrytym prawie w całości beżowym płaszczem

– To chyba pańskie? – zapytał nieznajomy podając Karolowi pudełko, które ten natychmiast chwycił i począł, starając się panować nad emocjami, wciskać papiery ponownie do teczki.

Nieznajomy uśmiechnął się nieznacznie, odwrócił i spokojnym krokiem ruszył wzdłuż pomieszczenia. Karol odetchnął, rozejrzał się zapobiegawczo dookoła i otworzył pudełko.

– Soczewki? – zapytał sam siebie – bez sensu, przecież wszystko widzę bardzo ostro – zamknął pudełko i wrzucił do kieszeni spodni.

Podniósł z kanapy laptopa i położył go sobie na kolanach, włączył go, a jego oczom ukazała się standardowa strona logowania do systemu. Zaklął pod nosem, miał już dosyć tych wszystkich zabezpieczeń, czy on składał bombę nuklearną czy jak, żeby tak wszystko hasłować? Zamyślił się chwilę i mimochodem wpisał na klawiaturze imię „Klaudia”, nacisnął przycisk „ok” i ku swojemu wielkiemu zdumieniu jak również radości spostrzegł ze komputer uruchamia system operacyjny.

Z niecierpliwością czekał aż urządzenie zaloguje jego profil. Sekundy wydawały się być godzinami. Wreszcie zobaczył piękny podwodny świat, mnóstwo kolorowych rybek plątających się po ekranie. Interaktywna tapeta na kompa, ot i co to już wymyślają żeby zdobyć klienta. Uśmiechnął się sam do siebie i już ze stoickim spokojem, zadowolony że udało mu się dostać do danych zapisanych w laptopie, obserwował pojawiające się ikonki na pulpicie.

Gdy komputer zakończył proces logowania Karol zaczął energicznie badać zawartość dysku twardego. Znalazł tylko dwa katalogi. W jednym znajdowały się jakieś zdjęcia z wakacji, kilka skanów dokumentów, w tym skan jego prawa jazdy, a także sporo muzyki spakowanej do mp3. W drugim znalazł kolejne dwa katalogi. Jeden zawierał mnóstwo arkuszy kalkulacyjnych i prezentacji, w drugim były zamieszczone bazy danych i kilka wordowskich dokumentów. Przejrzał szybko ich zawartość i ze zdumieniem stwierdził, że nie ma tam nic co pomogłoby mu opanować obecną sytuację.

Odłożył laptopa na kanapę i przystąpił do ponownego wertowania zawartości teczki. W pośpiechu wyrzucał wszystko na kolana, a gdy dno teczki zaświeciło czarną pustką westchnął zrezygnowany. W pośpiechu sprawdził wewnętrzne kieszenie i przegródki, które również okazały się ziać pustką. Odrzucił teczkę na bok i ukrył twarz w dłoniach oddychając coraz szybciej i głośniej.

Gdy miał już zacząć na nowo wkładać papiery do teczki zauważył błysk światła w jej lewym, górnym rogu. To coś mieniło się w promieniach porannego słońca imitowanych przez lampy umieszczone w suficie, w centralnej części pomieszczenia. Przyciągnął do siebie teczkę i wsunął palce w jej róg. Pod opuszkami palców poczuł cieniuteńki łańcuszek. Pociągnął go delikatnie i ponownie szokując sam siebie swoimi umiejętnościami detektywistycznymi, odkrył drugie dno. Jego twarz rozpromienił szeroki uśmiech.

Przygryzł dolną wargę i delikatnie, aby nie zerwać łańcuszka, wysunął dno teczki na zewnątrz. Zamknięte w foliowej torebce spoczywały tam dwie pamięci przenośne. Otworzył torebkę i wsunął pierwszą z nich do wejścia usb w laptopie. Komputer błyskawicznie wczytał zawartość. Na pendrivie znajdowała się tylko jedna prezentacja. Odpalił plik a jego oczom ukazała się granatowa plansza z żółtym napisem proszącym o podanie hasła. Zaklął pod nosem i kolejno wypróbował kombinację różnych imion i dat. Żadne z jego starań nie odniosło jednak pozytywnego skutku. „Chcę umrzeć” – pomyślał – „to mordęga, muszę być jakimś pieprzonym psychopatą”. I wtedy doznał olśnienia.

Błyskawicznie wpisał słowa które przyszły mu na myśl w pierwszej kolejności, a prezentacja przystąpiła do projekcji pokazu. Jasne, przecież z pewnością chciał umrzeć po stracie córeczki, po tak długim czasie wciąż jego hasła odnosiły się do tej dzieciny, musiał ją zapewne szalenie kochać. W jego oczach odbiła się bladoniebieska poświata, wyłaniająca się z komputera. Tło prezentacji miało bardzo spokojne barwy, zapowiadała się miła lektura.

Kolejne slajdy przedstawiały matryce urządzeń, a na którymś z kolei był również projekt maszyny którą właśnie w tej chwili się poruszał. Nie da jednak rady przestudiować tego na tyle dokładnie, aby móc powiedzieć na festynie coś sensownego przed tysiącami słuchaczy, prasą, telewizją i Bóg jeden raczy wiedzieć, kogo naspraszał tam jego szef. Wyjął pamięć z portu i wsunął kolejną. Pojawił się komunikat o zablokowaniu lub uszkodzeniu urządzenia. Karol przyjrzał się kawałkowi plastiku, ale wydawał się być nienaruszony. Wyjął go z portu i spróbował ponownie, jednak skutek był dokładnie taki sam. Gdy jednak komputer podał ponownie wcześniejszy komunikat wybrał opcję naprawy problemu.

Na ekranie wyświetliła się gra planszowa. Były to puzzle, których poszczególne elementy przypominały mu coś co już gdzieś widział. Tak to zdjęcie, zdjęcie portretu, który wisi w jego gabinecie. Podziwiając swój talent do zapamiętywania szczegółów ułożył układankę, a wówczas jego oczom ukazał się folder zawierający wygaszacz ekranu, który posiadał na kompie i tylko jeden plik najzwyklejszego worda. Westchnął rozczarowany, bo spodziewał się czegoś ciekawszego, zajrzał jednak do środka. Tutaj czekało go kolejne rozczarowanie, w dokumencie zamieszczone było jedynie kółko. Ładnie odrysowane, dokładnie na środku strony.

Dźwięki instrumentów umilkły i słychać było pojedyncze oklaski. Karol odruchowo zrzucił wszystkie elementy do paska, tak aby ewentualny przechodzień nie dojrzał nic co mógłby wykorzystać. Zaśmiał się sam do siebie, na myśl o tym co zrobił. Bo przecież cóż mogłaby zobaczyć taka osoba, jedno pieprzone kółko po środku ekranu.

Westchnął i wpatrzył się w mieniący się na ekranie widok podwodnego świata. Glony kołysały się leciutko muskane prądem wody. Rybki przemykały kolejno raz w jedną, a raz w drugą stronę ekranu. Co ciekawe, każda z nich przepływając przez środek ekranu, mrugała do niego małym, czarnym oczkiem. Nagle jego plecy przebiegł lodowaty dreszcz. „Środek ekranu” pomyślał.

Przyjrzał się dokładniej przepływającym rybkom i dopiero teraz zauważył że pod płetwą grzbietową mają numerki, bardzo małe ale dość wyraźne żeby rozpoznać poszczególne cyfry. Wygrzebał z teczki kartkę papieru i ołówek i zaczął notować, efekt załamał go zupełnie, ciąg cyfr na nic kompletnie nie wskazywał:

31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 4361 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 4361 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22

Po pięciu minutach notowania zaprzestał.

– To bez sensu – powiedział sam do siebie – przecież tych rybek nic nie zatrzyma, będą tak zaiwaniać aż wyloguję kompa.

Opadł na oparcie sofy i wpatrzył się w zapisaną cyframi kartkę. Coś musiało je przecież łączyć. I dlaczego każda z rybek ma po dwie cyferki, a nie np. po jednej?

Zamyślił się i znów górę wzięły jego umiejętności a nawet intuicja „To musi być kod” pomyślał i zaczął szukać jakiegoś zapisu. Kolejne minuty mijały, a rozwiązanie nie przychodziło. Nagle ku swojej wielkiej uciesze spostrzegł powtarzający się ciąg liczb, podkreślił go i wlepił weń wzrok szukając kolejnej wskazówki:

31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 4361 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 4361 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22

Bezskutecznie próbował odnieś znaleziony ciąg cyfr do wartości matematycznych, nic nie miało w tym przypadku zastosowania. „A może to jakaś wiadomość” – pomyślał – „ ale co może być kluczem, aby ją odczytać?”.

– Karol oderwij się od tego wreszcie! – nad jego głową stała Marta, miała pochmurną twarz i mówiła podniesionym głosem – czy zawsze trzeba krzyczeć, abyś oderwał się od tych swoich głupot?

– Coś się stało? – zapytał mechanicznie i bez wyrazu przymykając laptopa, jakby w obawie że Marta mogłaby znać ten kod, co pogorszyło tylko sytuacje bo uśmiechnął się do siebie mimowolnie

– Nie wiem co Cię tak bawi! – wyrzucała dalej Marta – Piotruś musi iść siusiu, a ja nie wiem gdzie tu co jest, możesz się tym zająć?

Odeszła nie czekając na odpowiedź i wróciła do stolika pozostawiając chłopca w jego towarzystwie. Karol utkwił w niej wzrok i otworzył odruchowo usta jakby chciał za nią zawołać, ale zaniechał tego zamiaru. Jego syn przestępował niecierpliwie z nogi na nogę z wyrazem bólu i udręki na dziecięcej ładnej buzi.

– No tak, to chyba trzeba iść odcedzić kartofelki – uśmiechnął się do niego, zamknął laptopa, wrzucił wszystko za wyjątkiem zapisanej przed chwilą kartki do teczki i zatrzasnął ją energicznie – możemy iść.

Okazało się jednak że łatwiej powiedzieć niż zrobić. Karol nie miał pojęcia gdzie w tym luksusowym środku transport umieszczono toalety. Wziął Piotrusia za rękę, w drugiej kurczowo ściskał rączkę teczki, w której spokojnie spoczywał laptop. Szybkim krokiem opuścili salon i już po chwili ucichły w ich uszach dźwięki muzyki. Szli wąskim korytarzem z wejściami do przedziałów. Po chwili dotarli do kolejnej wielkiej sali. W lekkim nieładzie porozstawiane były tam stoły bilardowe, a na środku na nieznacznym podwyższeniu umieszczony był barek.

– Karol, a jednak? – usłyszał za sobą czyjś głos, obejrzał się i zobaczył zbliżającego się do niego wysokiego mężczyznę około trzydziestki – stary draniu i Ty nie odpuściłeś sobie tej przyjemności – mężczyzna uśmiechał się serdecznie, prowadził pod rękę niską, pulchną brunetkę

– A Ci z serialu Flip i Flap? – zapytał sam siebie pod nosem i wyszczerzył zęby w nienaturalnym uśmiechu

– Powinienem Ci dać w pysk, błagałeś mnie żebym nie jechał i za żadne skarby nie brał swoich bliskich, a tymczasem sam jedziesz – nieznajomy nie krył wzburzenia choć wyglądał przyjaźnie – No morda, poznaj moją małżonkę, Lidia to jest właśnie nasz firmowy mózgowiec

– Miło mi Pana poznać Panie Atobos, Artur ciągle o Panu mówi, czasami mam wrażenie że jest Pan jego niekwestionowanym guru – kobieta uśmiechnęła się szeroko obnażając aparat ortodontyczny

– Karol – wyrzucił Atobos skonfundowany takim widokiem i dodał w pośpiechu – wystarczy Karol

– Fakt, ta Wasza firmowa kultura jest naprawdę wyjątkowa – odparła i zwróciła się do męża – to chyba przyszło do nas z zachodu prawda szczypioreczku? Kiedyś widzieliśmy się przelotnie na jednej z konferencji w Tranperonie, pewnie mnie Pan nie pamięta, ale ja zapamiętałam Pana zniewalające zielone oczy, choć widzę ze popełniłam gafę bo są piwne. Dziwne, dałabym sobie rękę odciąć że miał Pan czarujące zielone oczy.

– Szczypioreczku? – zapytał Karol nie reagując na zdziwienie nowo poznanej pani kolorem jego oczu.

– Mówiłem mojej Pyzi żeby nie nazywała mnie tak przy innych, ale najlepszy kumpel to zupełnie coś innego – odparł Artur rozbawiony i dodał – jesteś tylko z synkiem, Marta została w domu?

– Nie, jest z nami, została w salonie, jakieś dwa, lub trzy wagony dalej z żoną szefa – odparł a Artur zakrztusił się drinkiem

– I Ty zostawiłeś je same? – zapytał z niedowierzaniem

– Tak, a dlaczego by nie? – Karol choć wiedział o co może chodzić Arturowi zdawał się udawać głupka

– Tatusiu ja naprawdę muszę – wyjąkał Piotruś pociągając go za nogawkę spodni

– Tak, wiem – odparł ojciec i zwrócił się do kolegi – gdzie tu jest ubikacja?

– Czasami się zastanawiam czy Ty rzeczywiście sam to projektowałeś – Artur próbował być zabawny – w każdym wagonie jest taka, zaraz przy wejściu, po prawej stronie męska, po lewej dla Pań – szczypnął małżonkę w pośladek

– Turciu nie tutaj – wyrechotała paskuda

Karol odwrócił się na pięcie, rzucił przez ramię krótkie „sorrki muszę iść, jeszcze pogadamy” i już po chwili wchodzili do toalety.

– Wejść z Tobą? – zapytał synka

– No coś Ty tato – obruszył się malec – pomożesz mi tylko później zapiąć te szelki, mama zawsze się upiera żebym je nosił do tych spodni, a one mają bardzo trudne zapięcia

– Jasne, no to leć, zaczekam na zewnątrz.

Wyszedł z toalety, postawił teczkę na parapecie imitacji okna, wyciągnął kartkę z cyframi i wlepił w nie ponownie wzrok, jednak bez większego rezultatu.

– Cóż to Atobos, zanotowałeś sobie numery swoich kont, zamierzasz je rozdać miejscowym szychom na festynie?

– Ty tutaj? – Karol próbował stwarzać pozory że wie z kim rozmawia

– Ano tutaj nie mogłem pozbawić się widoku twojej klęski – odparł jego rozmówca z przekąsem – z przyjemnością zobaczę jak któryś z systemów pada i Twoja sława przechodzi między świerszczyki dla dzieci

– Poczytaj mi Mamo – wypalił Karol, już teraz był pewien że ten facet nie jest jego przyjacielem, ani nawet sprzymierzeńcem

– Co?

– „Poczytaj mi Mamo”, preferuję tą serię opowiadań dla dzieci – uśmiechnął się i schował kartkę do kieszeni

– Wiktor, idziesz, oni już poszli – krępy mężczyzna z obszernym zarostem i cygarem w ustach zawołał w ich stronę

– Do zobaczenia Atobos, jestem pewien że jeszcze tutaj na siebie wpadniemy – rzucił na odchodne przyjemniaczek

Karol otworzył teczkę i sięgnął laptopa, zalogował się i ponownie skupił na pływających rybkach. Znów dostrzegł coś, co wcześniej umknęło jego uwadze. Wpatrywał się dłuższą chwilę w fascynujący podwodny świat na ekranie, po czym zauważył że część rybek miała na grzbiecie cyfry pogrubione, a część nie. Sięgnął kartkę i naniósł poprawki.

31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 4361 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 4361 21 51 21 22 53 21 74 52 41 91 43 21 94 31 93 43 23 42 63 74 53 32 71 43 21 43 32 73 63 31 21 51 82 94 62 43 32 61 21 21 71 63 74 81 63 53 63 91 43 32 31 63 22 32 81 53 32 51 32 61 94 61 43 32 73 94 21 51 21 51 32 74 94 23 94 32 52 91 21 31 73 21 62 74 43 31 91 43 32 31 73 63 41 43 61 21 51 21 22

Zamyślił się. Zerknął za siebie. Z toalety wychodził kolejny mężczyzna, a Piotrka nie było wciąż widać. Wrzucił laptopa ponownie do teczki, którą następnie przerzucił przez ramię i energicznie pchnął drzwi toalety.

– Piotrek? – zapytał od wejścia

– Jestem tutaj – odpowiedział mu dziecięcy głosik z ostatniej kabiny w rzędzie

– Połknąłeś linę czy jak? – zażartował

– Jeszcze nawet nie zacząłem – bąknął malec przez łzy

– A to czemu? – zapytał otwierając drzwi kabiny

– Szelki – rzucił Piotrek przestępując z nogi na nogę

– Pokaż mi ten sprzęt – Karol pomógł synkowi rozpiąć szelki – no już, dawaj szybciutko i spadamy – dodał

– Tak przy Tobie? – zaoponował malec

– Tak, szybciutko, nie mamy czasu na wybrzydzanie, a mnie znudziło się wystawanie na korytarzu

– No dobrze – Piotruś odwrócił się w stronę sedesu i po chwili dodał – pożyczysz mi komórkę tato? Chciałbym zadzwonić do Szymona i powiedzieć mu że jadę Twoim wynalazkiem, on też będzie na festynie wiesz? – Karol stał nieruchomo – Tato?

– Jasne, telefon, że też na to wcześniej nie wpadłem – powiedział Karol w zamyśleniu, wyciągnął kartkę i ołówek, a drugą ręką sięgnął po komórkę – dwie cyfry, no tak, pierwsza wskazuje która litera a druga który klawisz – mówił do siebie, ale na kartce pojawiały się niczym nie powiązane bazgroły – a może pierwsza to klawisz a druga miejsce litery – próbował dalej

– Skończyłem Tato – Karol nie reagował – Tato?

– Później! – warknął Karol, a Piotruś zaczął się na nowo barować z szelkami – jest! – krzyknął po dłuższej chwili i podkreślił na zapisanej kartce pojedyncze słowa z wynotowanych na podstawie klawiatury telefonu słów

majablaskgwiazdyichoslepiaherodajuzniemaapostołowiedobetlejemzmierzajajeszczekwadransidwiedrogi

Porównał zapis z cyframi i zaznaczył pogrubione fragmenty:

majablaskgwiazdyichoslepiaherodajuzniemaapostołowiedobetlejemzmierzajajeszczekwadransidwiedrogi

Wpatrywał się przez chwilę w układ słów „mają blask gwiazdy”, myślał „ich oślepia heroda”, co za bezsens, „jeszcze kwadrans drogi”, tak „jeszcze kwadrans i dwie drogi mają”.

– No tak przecież spisywałem cyfry w takiej kolejności w jakiej nadpływały te cholerne ryby, co nie znaczy że to prawidłowa kolejność, mogłem zacząć spisywanie od środka przekazu, lub od jakiejkolwiek innej części, niekoniecznie od początku.

Wynotował słowa jeszcze kilka razy, przesuwając pojedynczo na koniec przekazu i rozpoczynając od innego, aż wpadł na formę która miała już jakiś ukryty wprawdzie ale zawsze, sens:

Apostołowie do Betlejem zmierzają

jeszcze kwadrans i dwie drogi mają

blask gwiazdy ich oślepia

Heroda już nie ma

Kompletna pustka w głowie oraz uczucie niepokoju i zmieszania które towarzyszyły mu od chwili w której ocknął się pod choinką i którego nie mógł się pozbyć. Ma już wprawdzie jakiś trop, te słowa, ale co mogą oznaczać, jakieś tajne informacje które powinien przekazać na forum w chwili ogłoszenia otwarcia nowego projektu przez Tranperon? Co mógł tak zabezpieczać? Dane, a może jakieś nagranie, albo jeszcze coś innego? Cyfry zamienił w litery, później złączył w słowa, ustawił w miarę logiczną całość.

– Cyfry w słowa, to jakiś kod – powiedział na głos, usiadł na podłodze nieustannie wpatrując się w kartkę

– „Cyfry w słowa, słowa w cyfry zawsze sobie z nimi radź, jeśli ich nie zapamiętasz, to w skojarzenia czas jest grać”, znam ten wierszyk, mama mnie nauczyła jak byłem mały – powiedział Piotruś wciąż walcząc z szelkami – no właśnie, mogę wracać do mamy? – zapytał

– Leć – powiedział Karol nie odrywając wzroku od kartki – zaraz co on powiedział? Cyfry w słowa, słowa w cyfry? Apostołowie, cyfra, jaka cyfra się z nimi kojarzy? 12, tak było ich dwunastu, Betlejem, co to za liczba?, narodziny Chrystusa, jaka liczba?, myśl Atobos myśl – zachęcał na głos sam siebie – grudzień, no właśnie w grudniu są Święta Bożego Narodzenia, kwadrans to będzie 15, blask, nie ma chyba takiej cyfry która kojarzy mi się z blaskiem, podobnie jak z Herodem, zatem mam już 12 grudzień 15..., kurwa to 12 grudzień 2015 rok, dzisiaj! Nie, nie dzisiaj, to dwa lata temu, na gazecie było 2017, zaraz, zaraz kwadrans i dwie drogi 15 + 2, to 17, a jednak dzisiaj!– krzyknął z niedowierzania – blask! Herod!

Teraz, dosłownie w ułamku sekundy wszystko mu się rozjaśniło. To nie dane, nie nagranie zaszyfrował. Poczuł jakby grawitacja przestała istnieć, zakołysał się niebezpiecznie, w uszach zaczęło mu szumieć, jak pod wpływem większej ilości alkoholu.

– Herod, przywódca, prezydent, KURWA TEN PIERDOLONY POCIĄG WYBUCHNIE!

Czytaj więcej

Informacje

Kochani,

bardzo Was przepraszam za zamieszanie jakie ma miejsce wokół "M" w 2016r. Faktycznie problem pojawił się już w roku 2015, mniej więcej w 2 kwartale. Niestety nie miałam na to większego wpływu, ale wszystkich tych którzy próbowali nabyć "M" zapewniam, że staram się przywrócić płynność dystrybucji. Książka jest już podlinkowana i można ją nabyć na stronie wydawnictwa.

Wszystkim tym którzy zdążyli już zakupić "M" serdecznie dziękuję za okazane zaufanie i mam nadzieję, że pochwyciliście aurę tajemnicy i wyglądacie z niecierpliwością "E".