"Ciało leżało nieruchomo. Oczy wpatrzone były w otchłań ponad ciałem. Wzrok utkwiony w punkcie którego ona nie dostrzegała. Jakby zauważał coś czego ona nie widziała, a tylko on mógł wychwycić w tej przestrzeni ponad nim. Martwe. Tak, z pewnością spojrzenie było martwe. Podeszła bliżej i spojrzała w nieruchome źrenice. Tęczówki nabiegły mgłą. Tą dziwną niby mazią, która pokrywa je w momencie zgonu. Zawsze wygląda to tak samo. Czy to człowiek, czy zwierzę. Dokładnie ten sam motyw. Dziwna mgła która pojawia się znikąd i przesłania całe tęczówki. Jedynie źrenice nie trąca zbytnio na wyrazie, poza tym że z czerni przechodzą w blady grafit."

                                                                                                                fragment

Iwona ...

          Samotna, ambitna pani weterynarz podczas dusznej, parnej, letniej nocy odbiera poród cielaka. Wszystko w jej życiu było dotąd poukładane i dokładnie zaplanowane, nic nie działo się przypadkiem. Tym razem jest inaczej ...

          Ta noc staje się wrotami do tego kim zawsze pragnęła być, cenioną, piękną, pożądaną, bogatą. Lecz coś jest nie tak, coś ewidentnie wisi w powietrzu. Nadchodzące godziny obnażają przerażającą prawdę o niej samej.

Książka

Premiera planowana na koniec 2015 roku.

 

Kochani!

Na wstępie pragnę Was serdecznie przeprosić, że nie doszło do planowanej premiery w terminie zgodnym z powyższym komunikatem. Złożyło się na to wiele czynników, kłopoty wydawnicze, brak czasu na finalizację i wiele innych. Wiem, wiem, z Waszej perspektywy są one kompletnie bez znaczenia , po mojej stronie leży by zapewnić Wam to co obiecałam.

Gorąco przepraszam za czas oczekiwania, ale jednocześnie zapewniam, że czas ten choć długi zrekompensuję Wam w "E". Już niebawem (koniec 2016r.) zamieszczę fragment dzięki któremu, będziecie mogli posmakować w "E" zanim pojawi się na półkach w księgarniach (to planuję dopiero w 2 Q 2018).

Jednocześnie możecie być pewni, że kolejne tomy sagi pojawią się już znacznie szybciej, tak więc trzymajcie kciuki! I dziękuję za cierpliwość 🙂

Posmakuj w "E" ...

PROLOG

Gwałtowny podmuch otworzył okiennice i z hukiem na powrót je zamknął. Iwona drgnęła. Poczuła na karku dreszcz, jakby czyjąś obecność, a może najzwyczajniej chłodne, wieczorne powietrze. Zbierało się na burzę. Letni duszny powiew mimo wieczornej aury był ciężki, ale dało się wyczuć wilgotną nutkę zwiastującą nadciągającą ulewę.

Zwiększyła intensywność swoich ruchów. Początkowo pakowała rzeczy w skupieniu odkładając każde narzędzie na swoje miejsce w pakownej, czarnej, medycznej torbie. Teraz wrzucała je już jakkolwiek, byle do środka. Coraz ciężej jej się oddychało. W sumie teraz nie było jej ciężko z powodu zaduchu, ale dziwnego słodkiego zapachu, ciężkiego i trudnego do sklasyfikowania. Krowa sapnęła ciężko. Kobieta odwróciła się w kierunku zwierzęcia i uśmiechnęła współczująco. Porzuciła wcześniejszą czynność i zbliżyła do bydlęcia. Przykucnęła i lekko ucałowała w sam środek łba.

-Nie było tak źle co? Dzielna Maleńka, a musisz być jeszcze dzielniejsza dla swojego maleństwa.

To w jej pracy najbardziej uwielbiała, dawać życie, a w zasadzie nie tyle je dawać co pomagać je rozpocząć. I choć zawsze takie chwile przyćmiewała myśl o tym, że kiedyś trafi ten nowo narodzony na stół jakiejś rodziny, sam moment narodzin był dla niej zawsze czymś wyjątkowym.

-Muszę porozmawiać z Twoją właścicielką, nie wytrzymasz po tak ciężkim porodzie w tym zaduchu do rana.

Wstała i na powrót podeszła do torby. Wrzuciła do niej pozostałe rzeczy wykorzystane wcześniej przy odbieraniu cielaka. Słodkawy zapach stał się jeszcze bardziej intensywny i zaczął przysparzać ją o mdłości. Okiennice na powrót się otworzyły, a do wnętrza wtargnął ciepły podmuch przesycony jeszcze większa dawką słodkawego zapachu. Iwona zakryła usta dłonią i poczuła że treść jej żołądka podchodzi pod przełyk.

Tuż obok siebie na wyściółce podłogi zauważyła cień, delikatnie falujący na wietrze, zupełnie jakby ktoś stał w centrum tego podmuchu.

-Nie możesz jeszcze wstawać.

Obróciła się w kierunku z którego padał cień i zamarła w bezruchu. Podniosła wzrok powoli lustrując to co zobaczyła. Przed nią w odległości do dwóch metrów stała postać. Czarna, falująca pod wpływem powietrza, które uderzało o nią wpadając przez otwarte teraz na oścież okiennice. Wyglądała jakby to ten właśnie wiatr próbował ją pchać do przodu w kierunku Iwony, ale opierała się mu. Tak, bez wątpienia to ta postać wydzielała słodkawy odór, który teraz poczuła jeszcze bardziej intensywnie, a natura wzięła górę i treść żołądka wychynęła spomiędzy palców zaciśniętych na ustach.

Postać jednak nawet nie drgnęła. Cały czas jak wcześniej falowała miarowo, a poły jej szaty kołysały się na wietrze. Iwona odjęła dłoń od ust i sięgnąwszy chustkę otarła nią najpierw twarz, a następnie dłonie. Cisnęła ją w torbę i uniosła wzrok ponownie na postać. Ta była już bliżej. Teraz nie tylko czuła odrażający fetor, ale również słyszała świszczący oddech. Przypominał jej oddech konającego zwierzęcia, kiedy organizm przestaje walczyć i nie ma już siły pobierać powietrza.

-Kim jesteś?

Postać nie wykazała żadnej reakcji na jej głos. Nie padła również żadna odpowiedź. Fetor był nie do wytrzymania. Kobieta poczuła silny ból w skroniach, uniosła do nich dłonie i uciskając opuszkami palców starała się je rozmasować. Uporczywy stan jednak nie tylko nie ustępował, ale zaczął się nasilać, bardziej i bardziej. Ciśnienie w gałkach ocznych wzrosło. Przymknęła powieki i cicho jęknęła.

Postać wydała z siebie głębszy świst, zupełnie jakby westchnęła przeciągle. Iwona podniosła wzrok, próbując przez przymknięte powieki zajrzeć we wnętrze kaptura, ale to zdawało się ziać pustką.

-Witaj Pani – syknęła postać

-Kim jesteś? – ponowiła swoje pytanie

-Cóż da ci Pani me imię? Szkoda jest cennego czasu by zdradzać rodowód, który nic nie powie rozmówcy. Lepiej jest skupić się na celu podróży.

-Nigdzie się nie wybieram.

-Hmm. Nie mówię o tobie pani. – miała wrażenie że postać wpadła w lekkie rozbawienie, tak przynajmniej wskazywał obecny ton głosu rozmówcy.

-Czego zatem chcesz?

-Niczego nie potrzebuję od ciebie pani.

-Skąd zatem ta wizyta?

-Ot i właściwe pytanie. Pragnę ci coś pokazać.

-Co takiego?

-Coś co da ci świadomość twojego bytu na tym padole.

-Nie rozumiem.

-Zrozumiesz jak zobaczysz.

-A jeśli nie zechcę?

-Zechcesz.

-Skąd ta pewność?

-Wszyscy chcecie.

-Nie jestem jak wszyscy.

-Tego nie twierdzę.

-A jednak uważasz – ciągnęła – kimkolwiek jesteś, że zainteresuje mnie to, co chcesz mi pokazać, w co ja szczerze wątpię.

Cisza. Tym razem nie usłyszała reakcji na to co właśnie powiedziała. Poły szaty delikatnie zadrżały, jakby ciało pod nią skrywane przebiegł zimny dreszcz. Długie i przeciągłe westchnienie przedarło się przez głuchą ciszę. Z oddali dobiegł jej uszu grzmot. Burza była coraz bliżej.

-Przeważnie chce się wiedzieć co wydarzy się w przyszłości, co można osiągnąć przez wiele lat? Czy będzie się wtedy jeszcze żyć? Czy będzie się posiadać dostatek i władzę, czy może pędzić biedę?

-Oferujesz mi podróż w przyszłość? Tak mam to rozumieć?

-Mniej więcej.

-Ciekawe jak zamierzasz to zrobić? Cóż takiego jest we mnie, że mam szansę czegoś takiego dokonać? Dlaczego to właśnie ja mam zostać tak wyróżniona?

-Hmm, jest pewien powód, ale pozwól pani że zdradzę go po twoim powrocie.

-Powrocie? Zabawnie to wszystko brzmi. A jak mnie chcesz tam zabrać?

Postać nabrała rozmiarów. Potężny cień przesłonił przestrzeń widoczną dotychczas za nią. Iwoną wstrząsnęło i opadła bezwiednie na podłogę. Podparłszy się na łokciach poczęła odsuwać się w tył odpychając na oślep stopami. Postać nadal nabierała rozmiarów i pochylała się niebezpiecznie w jej kierunku. Wewnątrz kaptura zamajaczył jakiś delikatny błysk. Wydawał się nie tylko połyskiwać, ale i zmieniać kolor. Stopniowo wraz ze wzrostem rozmiarów postaci rósł również i on. Teraz już była pewna, że to majaczące w ciemności kaptura światełko zmienia kolor. Stawało się pomarańczowe, niebieskie, zielone i ognisto czerwone na zmianę, po czym żółte, bordowe i purpurowe. Iwona nie mogła się w tych zmianach kolorów dopatrzyć logicznej struktury. Zmiany następowały losowo, choć w wydawałoby się mniej więcej równych odstępach czasu.

Wprawdzie wydawało jej się, że wszystko trwa zaledwie ułamki sekund, ale jednocześnie wyglądało jak film odtwarzany na stopklatce. Wreszcie, gdy postać przesłoniła jej całkowicie wgląd na resztę pomieszczenia, poczuła lodowaty dotyk na ramionach. W klatce zaś niewypowiedziany ścisk, ból tak potworny, że chciała przez chwilę wołać o pomoc, szamotać się, ale nie zrobiła tego. Nie mogła. Całe jej ciało poddało się temu potwornemu wrażeniu, które wywarła na niej czarna postać w pelerynie. Widziała już tylko punkty mieniące się na zmianę różnymi intensywnymi barwami we wnętrzu kaptura. Jej klatka piersiowa wydawała się być z ołowiu. O oddychaniu nie było już mowy. W uszach poczuła tąpnięcie jakie czuje człowiek, który zostaje z nienacka wciągnięty pod wodę, a następnie gwizd, najpierw cichy, a później coraz głośniejszy, stopniowo nabierający tak potężnej skali, że miała wrażenie, iż jej głowa rozstąpi się za chwile na dwie połowy. Czas stanął w miejscu, a Iwonie przebiegła przez głowę jedna myśl - „Umieram”.

Śmierć jednak nie nadchodziła. Zamiast niej po dłuższej chwili nastąpiła całkowita cisza. Wszelki ból zniknął, ale pomieszczenie było dziwnie inne, jakby w skali odcieni szarości. Zupełnie jakby ktoś wymazał wszelkie kolory. Ciało wciąż było ciężkie, ale stopniowo odzyskiwała nad nim kontrolę. Mogła się poruszyć, ale była czymś skrępowana. Spojrzała na swoje ręce, lecz nie zauważyła na nich sznura, ani niczego innego co mogłoby stanowić jakieś więzy.

-No dalej Pani.

To była wciąż ta postać. A zatem nadal tam jest, z nią. Czego to coś do diaska od niej chce? Słyszała jej głos, ale nie mogła jej nigdzie zlokalizować. Poruszała głową lustrując wolno otoczenie, ale jej nie widziała.

-Chyba jednak potrzebujesz mojej pomocy.

Głos był ciepły, życzliwy, pełen troski i zrozumienia. Na przedramieniu poczuła miły dotyk, chłodny, ale już nie tak lodowaty jak wcześniej na ramionach. Miała wrażenie jakby postać starała się ją z czegoś wyplątać, od czegoś uwolnić. Ciągnęła ją delikatnie choć stanowczo w swoją stronę, ale coś ewidentnie trzymało Iwonę w tym położeniu, w którym się przed chwilą znalazła. Postać napierała z coraz to większą siłą. Ciche trzaski i coś zaczęło się wyciągać, niczym elastyczna guma, wciąż trzymało się Iwony, ale poddawało się sile, z którą oddziaływała na Iwonę postać. Kolejne trzaski i ręka stała się wolna. Chwilę później bark i szyja. Kolejne trzaski, występujące raz z mniejszą, raz z większą częstotliwością i cała była wolna.

Chciała spojrzeć za siebie, aby zobaczyć co to było, ale postać pochwyciła jej podbródek w swoją kościstą dłoń. Teraz widziała już dokładnie. To co ją dzisiaj odwiedziło nie było człowiekiem, choć żałośnie chciało go przypominać. Poddała się tej nowej sytuacji, a postać wciąż trzymając ją za przedramię pociągnęła za sobą w otchłań. Iwonę ogarnęły ciemności. Z pewnością w normalnych warunkach taka nagła zmiana przyprawiłaby ją o niesamowity stres, ale tym razem czując wciąż uścisk dłoni przewodnika na swoim przedramieniu, nie bała się. Faktycznie, raczej była ciekawa co dalej nastąpi.

Na łydce poczuła zimne muśniecie, drgnęła, a postać choć nie zmieniła kursu odpowiedziała błyskawicznie na jej reakcję. Podciągnęła ją bliżej siebie, a w otchłań wypowiedziała z trzy czy może cztery słowa, których znaczenia Iwona nie zrozumiała i nie mogła zrozumieć, gdyż zostały wypowiedziane w obcym dialekcie. Coś jęknęło i oddaliło się o czym świadczył pęd powietrza, który do niej po chwili dotarł. Po chwili jednak najwyraźniej wróciło i to nie samo, bo muśnięcia padały jedno po drugim. Postać przyciągnęła Iwonę do siebie na tyle blisko, że czuła jej każdy ruch na swoim ciele. Syczała coś niezrozumiałym językiem, rzucając kolejne wypowiedzi w przestrzeń pod nimi. Nabrały tempa i teraz już bardzo szybko o czym świadczył pęd powietrza na policzkach kobiety, przebijały się przez ciemności. W oddali zamajaczyło światełko, a z jego strony dobiegł cichy szmer, jakby płynący górski strumyk szemrał delikatnie osuwając się po kamyczkach. Jednak Iwona nie miała szansy skupić się na tym dźwięku, ani i blasku światełka migoczącego w oddali. Przemknęły błyskawicznie, a dźwięk i blask jak szybko się pojawiły tak i szybko zniknęły. Iwona poczuła zawód choć nie bardzo była w stanie zidentyfikować dlaczego, a postać jakby wiedziała czym to jest spowodowane szepnęła jej cicho wprost do ucha:

-Nie trap się Pani, to jeszcze przed Tobą.

Czytaj więcej

Rozdział 1

Czerwień, tak zdecydowanie dużo czerwieni. Choć miejscami kolor przechodził w bordowy, a niewielkie plamki były tak ciemne, że niemal czarne. Co to jest? Wpatrywała się w skalę odcieni czerwieni, która pulsowała nieznacznie, jakby stanowiła żywy organizm. Czuła się nieco zamroczona, ale wzrok powoli wracał do normy i wyostrzał się dostrzegając coraz więcej szczegółów czerwonej plamy.

-Odchodzi!

Czyjś krzyk i irytujący, przeciągły dźwięk. Jego częstotliwość raniła jej słuch przysparzając o zawrót głowy. Stała jednak nieruchomo wciąż wpatrując się w odcienie czerwieni tuż przed nią, tyle że zaszła w tym widoku nieznaczna zmiana. Plama przestała pulsować.

-Wyciągaj! Coś poszło nie tak!

Znów ten sam głos i nadal utrzymujący się irytujący dźwięk. Na ramieniu poczuła silny uścisk i pchnięcie, na tyle silne, że zachwiała się i poleciała w bok. Szukając dłońmi po omacku, trafiła na ścianę, na której oparła się dłońmi chroniąc przed uderzeniem w nią głową. Idealną biel ściany burzyły teraz czerwone plamy. Skąd się wzięły? Powoli zaczęło do niej docierać co widzi.

-Czysto!

Przeciągły dźwięk nie ustawał. Teraz jednak towarzyszył mu jeszcze jeden, przerywany i jakby pojawiający się w rytmie. Głuche tąpnięcie, a następnie pacnięcie, zupełnie jakby jakiś ciężar był podrywany w górę i bezwładnie opadał.

-Straciliśmy go …

Głos wcześniej impulsywny i głośny, teraz odezwał się niezwykle cicho i beznamiętnie. Przyglądała się czerwonym plamom na nieskazitelnej bieli ściany. To jej zasługa. Ona zaburzyła tą czystość. Czerwień sączyła się z jej dłoni. To krew! Ale nie jej … nie … to ognista czerwień krwi, którą zbroczone były jej rękawiczki. Zwykłe lateksowe rękawiczki, których często używała w swym zawodzie.

-Co się z Tobą dzieje? Czekam na zewnątrz.

Ponownie ten sam głos, tym razem stanowczy i niecierpiący sprzeciwu. Obejrzała się powoli. Dostrzegła jedynie zarys postaci, po której budowie mogła wywnioskować, że sylwetka należy do mężczyzny. Nie sposób było jednak dostrzec twarzy, gdyż rozmówca zmierzał właśnie w kierunku wyjścia odwrócony do niej plecami. Po chwili usłyszała już tylko pacnięcie zamykających się za nieznajomym drzwi.

W pomieszczeniu były również inne osoby. Krzątały się teraz pospiesznie przekładając rzeczy z miejsca na miejsce. Dźwięki temu towarzyszące wydawały się jej dziwnie znajome. Szczęk narzędzi chirurgicznych? Tak. Zdecydowanie to ten właśnie dźwięk, teraz była już tego pewna. Spojrzała ponownie na swoje dłonie, nadal pokrywała je szkarłatna czerwień. Odruchowo zerknęła w stronę pacjenta, którego dopiero co zapewne operowała. Ciało leżało nieruchomo. Oczy wpatrzone były w otchłań ponad ciałem. Wzrok utkwiony w punkcie, którego ona nie dostrzegała. Jakby zauważał coś, czego ona nie widziała, a tylko on mógł wychwycić w tej przestrzeni ponad nim. Martwe. Tak, z pewnością spojrzenie było martwe. Podeszła bliżej i spojrzała w nieruchome źrenice. Tęczówki nabiegły mgłą. Tą dziwną niby mazią, która pokrywa je w momencie zgonu. Zawsze wygląda to tak samo. Czy to człowiek, czy zwierzę. Dokładnie ten sam motyw. Dziwna mgła, która pojawia się znikąd i przesłania całe tęczówki. Jedynie źrenice nie trąca zbytnio na wyrazie, poza tym że z czerni przechodzą w blady grafit.

-Iwona? - usłyszała za sobą głos – Dobrze się czujesz?

Odwróciła się i zobaczyła wątłą postać kobiety, której usta lekko drgały, niby to w grymasie uśmiechu, niby żalu po stracie.

Skinęła głową, a kobieta pochwyciła ją za przedramię. Delikatnie masowała je kciukiem swojej dłoni i wciąż wzrok miała utkwiony w jej oczach.

-Powinnaś wypocząć. - kontynuowała nieznajoma – Jutro zapewne zdecydują się na kolejną próbę. Wszelkie niepowodzenie zgonią na twoją niedyspozycję, więc lepiej, żebyś była wypoczęta.

Spojrzała znacząco na zmarłego za plecami Iwony i znów utkwiła na powrót wzrok w jej oczach.

-Nie miał szczęścia. Dokładnie tak jak przewidziałaś, to nie mogło się udać. Nie wiem dlaczego tkwią w przekonaniu, że za którymś razem odniosą sukces. To nie ma racji bytu. Po co właściwie to robimy? Dlaczego w tym tkwisz? Dlaczego zezwalasz im na to? Nie jesteś jak oni. Dlaczego zezwoliłaś im tutaj przebywać?

Wpatrywała się dłuższą chwilę w Iwonę, po czym westchnęła przeciągle i kontynuowała:

-Zastanawiasz mnie i martwisz zarazem. Nie wiem co się z tobą stało. Zupełnie cię nie poznaję. Żyłaś pełnią życia, oddychałaś pełną piersią i chłonęłaś wszystko dookoła jakby było tylko dla ciebie. Teraz stałaś się niczym cień człowieka którym byłaś. Cień nic nie znaczący i odtwarzający wszystko co jest ci nakazywane. Kiedyś tworzyłaś nowe, szukałaś wyzwań, a teraz jesteś niczym wypalony knot w zniczu. Uśmiechnęła się krzywo i spuściła wzrok, po czym wróciła do układania narzędzi.

Iwona stała chwilę nieruchomo, po czym wiedziona instynktem doszła do pobliskiego zlewu i puściwszy strumień wody, zanurzyła w nim dłonie. Zastygająca krew ponownie rozbłysnęła żywą czerwienią. Poczuła silnie przywierający do jej skóry lateks, który pod wpływem wody zaczął się kleić do jej dłoni. Zdecydowanym ruchem zsunęła kolejno każdą z rękawiczek i rozejrzawszy się dookoła cisnęła w nieopodal stojący kosz. Ponownie zanurzyła dłonie w strumieniu wody i delikatnie rozcierając je miejsce po miejscu sumiennie umyła. Nie umknęło jej uwadze nieznaczne zgrubienie na wewnętrznej części nadgarstka. Blizna w kształcie krzyża. Czyżby próbowała sobie odebrać życie? A może to jakiś usunięty tatuaż? Spojrzała na stojącą w odległości zaledwie dwóch metrów rozmówczynię. Obserwowała ją, zerkając z ukosa.

-On tam na ciebie czeka. Nie pójdzie póki się nie rozmówicie. - zaczęła na powrót – Kochana, wiem że nie jest ci łatwo. Dzisiaj mija dokładnie rok od czasu jak Grześ i chłopcy … - przerwała – Cóż myślę że powinnaś wypocząć. To był bardzo zły pomysł, aby podjąć się tego właśnie dzisiaj. Jedź do domu.

Podeszła do metalowej szafy i wyjęła z niej wieszak z ubraniami. Podała je Iwonie, a ta zupełnie tego nie kontrolując wyciągnęła po nie machinalnie rękę. Przeszła w kąt sali i usiadła na leżance. Powoli, niespiesznie zmieniła zbroczony krwią fartuch na błękitna bluzkę w białe kwiaty. Wsunęła spódnicę, a następnie żakiet. Gdy spojrzała w lustro widok sprzed chwili stał się wspomnieniem. Widziała teraz przed sobą elegancką postać jak z żurnala. Pominąwszy nieład artystyczny jaki miała na głowie, całość wyglądała imponująco. Koleżanka podała jej właśnie buty. Spojrzała na swoje stopy odziane w zwykłe, białe podbite drewnem trepy. Delikatnie i niespiesznie zmieniła je na włoskie szpilki, intensywnie granatowe, dokładnie odpowiadające barwie kompletowi, który miała już na sobie. Rozpięła klamrę we włosach, przeczesała je delikatnie palcami, zebrała na powrót i spięła na czubku głowy. Niewielki, niesforny kosmyk włosów wymknąwszy się spod klamry, opadł na jej czoło. Dmuchnęła wykrzywiając usta ku górze, a on podniósł się niesiony chwilę pędem powietrza i na powrót opadł tym razem na skroń.

Wpatrywała się przez chwilę w ten widok. Przeciągnęła palcami wskazującymi dłoni pod oczami, rozcierając rozmazany makijaż. Teraz wyglądała już znacznie lepiej. Koleżanka podała jej właśnie torebkę. Otworzyła ją i wysypała zawartość na leżankę. Jej oczom ukazały się kolorowe, niewielkie przedmioty. Portfel wypchany po brzegi kartami kredytowymi, które wystawały tworząc idealnie równy szereg, wszystkie w kolorze złota. Niewielka składana szczotka do włosów z lusterkiem, błyszczyk do ust w kolorze intensywnego różu, telefon komórkowy i kluczyk samochodowy z logo mercedesa. Dziwne, jedyne auto jakie kojarzyła to stary, wysłużony opel vectra. Cóż widocznie to bardzo odległy czas.

Otworzyła portfel i jej oczom ukazał się rząd fotografii. Pierwsza od lewej przedstawiała mężczyznę. Przystojny brunet patrzył na nią ze zdjęcia zniewalającym spojrzeniem piwnych oczu. Twarz wydawała jej się niezwykle znajoma. Szczególnie to spojrzenie. Miała wrażenie, że doskonale je zna. Pogodne, ciepłe i przepełnione troską. Tak serdeczne, że w jednej chwili zapragnęła się znaleźć w zasięgu tego wzroku i poczuć objęcia silnych ramion. Czuła się jak zagubiona istota w lodowatym oceanie, gdzie dookoła nie ma żywej duszy, która byłaby w stanie ukoić ten lęk i stres, jaki jej obecnie towarzyszył. Zupełnie zagubiona, niechciana. I jeszcze te pretensje Bóg jeden raczy wiedzieć o co. Tak jakby odpowiadała za wszelkie zło tego świata. Czy mogła być winna tego co się przed chwilą wydarzyło? Jaki miała na to wpływ do cholery, przecież jest jedynie weterynarzem? A może nie? Może nie jest już nim? Może jest kimś zupełnie innym, to by wyjaśniało dlaczego ktoś ma wobec niej i jej pracy takie, a nie inne oczekiwania.

Wpatrywała się w pogodną twarz bruneta jeszcze dłuższą chwilę czując wyraźną tęsknotę. Czy za nim? Tego nie była pewna. Jednak wiedziała z całkowitym przekonaniem, że to uczucie, to właśnie tęsknota, za ciepłem, miłością, ostoją i stabilizacją, której tak teraz potrzebowała. Przeniosła wzrok nieco w prawą stronę. Obok widniały dwie kolejne fotografie. Każda z nich miała w swym centrum uśmiechniętą od ucha do ucha buzię chłopca. Jeden z nich, o kasztanowych włosach i o dziwo błękitnych oczach, wpatrywał się w nią ufnie i radośnie. Drugi o jasnych włosach, nieco dłuższych niż nakreślała linia uszu i zielonych oczach patrzył na nią dumnie ale pogodnie. Rysy jego twarzy były niczym przeniesione z pierwszej fotografii. Gdyby nie inny odcień włosów i te zielone oczy, byłby niczym miniatura mężczyzny po którego zdjęciu przesunęła teraz opuszkiem kciuka.

-Nie myśl o tym, nie rozpamiętuj. - nie zauważyła kiedy kobieta jej towarzysząca w pomieszczeniu, znalazła się tuż obok niej. Poczuła ciepło jej dłoni na swoich plecach, które delikatnie przemieszczało się wzdłuż cześć piersiowej kręgosłupa, po to by na powrót pojawić się w odcinku szyjnym i ponowić tą drogę. - Wiem, że jest Ci ciężko. Grześ był wyjątkowy i taki zawsze w ciebie wpatrzony jak w obrazek. Gdyby nie ten wypad na ryby z chłopcami, pewnie wciąż ślęczałby pod drzwiami każdej twojej operacji i stał za tobą murem cokolwiek by się podczas zabiegu zadziało. Ale ich już nie ma Iwi, musisz to wreszcie przełknąć.

Delikatnie zamknęła jej dłonie dzierżące portfel, a gdy zdjęcia zniknęły w jego wnętrzu, przejęła go i schowała do torebki Iwony. Ta tkwiła chwilę w bezruchu, po czym zaczęła wkładać wcześniej wysypaną zawartość torebki na powrót do jej wnętrza.

-Jedź już. Odpocznij.

-Tak zrobię. - odpowiedziała, a koleżanka uśmiechnęła się promiennie na dźwięk jej głosu.

Podniosła się z leżanki, rozejrzała wokoło, jakby sprawdzała czy wszystko zabrała i ruszyła do wyjścia.

-Hej – usłyszała za sobą znajomy już głos – to też się przyda

Koleżanka niosła w jej kierunku płaszcz. Swym kolorem przypominał świeży popiół na palenisku, niby szary, a jednak widać w nim jeszcze ostatnie gasnące płomienie, niczym skala pomarańczy i szarości zarazem. Rozpostarła ramiona, tak aby Iwona mogła swobodnie wsunąć ręce we wnętrze rękawów, co ta uczyniła. Uśmiechnęły się obie do siebie, zupełnie jakby mówiły coś w sobie tylko znanym języku. Porozumiewawczy uśmiech, jednoczący je dwie tutaj w tej smutnej z powodu ostatnich wydarzeń sali i Iwona ponownie ruszyła ku drzwiom.

Nie zdążyła nawet zaczerpnąć pełną piersią powietrza i odetchnąć z ulgą, choćby na samą myśl, że opuściła już to ponure pomieszczenie, gdy poczuła na swym przedramieniu silny, niemal żelazny uścisk.

-Nie spieszyłaś się. – ten głos z pewnością poznałaby już wszędzie, był jadowity i zimny jak lód

Podniosła wzrok. Na wprost niej wyrósł niby spod ziemi wysoki mężczyzna. Ciemne włosy miał zaczesane w tył głowy, krzaczaste brwi podkreślały groźny wyraz jego spojrzenia, a oczy choć łagodnie błękitne, błyszczały jak u zwierzęcia w fazie ataku.

-Marek. - z oddali dobiegł inny głos

-Nie teraz. – odkrzyknął mężczyzna wciąż wpatrując się świdrującym spojrzeniem w Iwonę

-To ważne. Dzwonili z centrali. - dobiegł do nich właśnie niewysoki blondyn z dłuższymi włosami, zebranymi starannie w rozsypujący się z tyłu głowy kucyk. - Musisz tam pilnie jechać.

-Zaczekaj tutaj na mnie – syknął do Iwony, po czym sięgnął komórkę i oddalił się o kilka metrów przykładając ją do ucha.

-Cześć Iwi. Coś taka markotna? - blondyn ujął delikatnie dłonią jej podbródek i podniósł ku górze, a gdy ich spojrzenia się spotkały dodał - To ja, Twój Kondziu, przyjaciel na dobre i złe, wypadniemy dziś na miasto wieczorkiem? Nie chcę byś tego wieczora była sama i znam cię serdeńko obalisz najlepsze wino w domu sama trykając się z lustrem. Na to nie pozwolę, o nie. Jeśli nigdzie ze mną nie wyjdziesz, to zwalam się do ciebie z moim bogiem seksu Olem i obdzwonimy wszystkich znajomych. Reflektujesz na gejowskie zbiegowisko na chacie?

Patrzyła na niego w zdumieniu, a gdy dotarło do niej co mówi wybuchła gromkim śmiechem wyobrażając sobie całą sytuację.

-Tak lepiej serdeńko! - krzyknął uradowany – Grzej te szpilki na chatę, podjadę po ciebie za jakąś godzinkę. Dorka wciąż na sali? Musimy ją zabrać bo zasztyletuje mnie później.

Oddalił się w kierunku z którego przyszła, a jego miejsce zajął błyskawicznie Marek, który właśnie chował komórkę do kieszeni.

-A zatem? Możesz mnie olśnić co poszło nie tak tym razem? - jego głos by teraz spokojniejszy, choć nadal brzmiał surowo, a oczy wydawały się ją świdrować na wylot. - A może zapomniałaś, że tym razem nie kroimy krowy, tylko człowieka i to trochę bardziej odpowiedzialna fucha?

-Nie... - odpowiedziała niemal szeptem.

Minęła go zręcznym ruchem i wciąż idąc sięgnęła do torebki z której wyjęła kluczyk od mercedesa. Instynktownie zmierzała wzdłuż korytarza, niezbyt pewna czy to odpowiedni kierunek, ale uspokojona nieco faktem, że nie słyszała za sobą kroków.

Marek stał chwilę w osłupieniu, po czym utkwił w niej wzrok. Poruszała się pewnie i to go przerażało. Najpierw myślał, że może jest przepracowana, w końcu działała na dwa fronty, ale później uznał to za przemyślane działanie. Zupełnie jakby chciała to wszystko zepsuć. Stał tak wpatrując się w jej zgrabną sylwetkę. Tak zdecydowanie nie zapomniał co ich łączyło. Nadal czuł zapach jej ciała, potrafił rozróżnić których perfum dziś użyła. Znał miękkość jej ubrań, nawet tej kwiecistej bluzki, którą miała dzisiaj na sobie. Poznawał woń jej szamponu do włosów, czuł rozkoszny ból wpijających się paznokci na plecach i smak jej ust. Jednak to co tak nagle ich połączyło, równie nagle się skończyło. Rok. Praktycznie pełen rok od tamtej chwili gdy dotykał jej w taki sposób po raz ostatni.

Z zadumy wyrwał go cichy trzask drzwi, które zamknęły się za nią, gdy zniknęła w głębi korytarza. Szybkim krokiem ruszył w tamtym kierunku.

Iwona wyszła z budynku, stanęła na szczycie schodów i rozejrzała dookoła. Stała przed potężnym budynkiem, rozległym, aczkolwiek niezbyt wysokim, max dwa, lub trzy piętra. Było już ciemno. Która mogła być godzina? Nie sposób tego odgadnąć, zważywszy że było chłodno i być może pora roku sprzyjała szybszemu nastawaniu ciemności. Budynek miał jasne barwy, a na tablicy odczytała napis „Centrum Psychiatryczne im. Empedoklesa z Akragas w Krakowie”. Odwróciła się i zeszła po schodach na dwukolorową kostkę, którą wyłożony był parking, równie rozległy co wydawał się być budynek.

-Pięknie - powiedziała sama do siebie lustrując przestrzeń wokół siebie. - same merole

Pocierała kciukiem kluczyk, wciąż ściskając go w dłoni. Ruszyła wzdłuż zaparkowanych aut i raz po raz klikała na lewo i prawo próbując uaktywnić otwarcie samochodu, co z pewnością ułatwiłoby jej zlokalizowanie jego miejsca postojowego. Gdy dotarła na skraj parkingu, odwróciła się zrezygnowana i spróbowała raz jeszcze przykładając pilot do głowy. Nie była pewna kto jej tak kiedyś polecił, ale tak właśnie było. Któryś ze znajomych tak robił na parkingu pod knajpą twierdząc, że człowiek jest niczym antena i stanowi „przedłużenie pilota”. Tak czy inaczej niestety nie poskutkowało. Ruszyła w przeciwległy koniec parkingu. Gdy była na wysokości wejścia do kliniki, na schodach pojawił się cień. Spojrzała w tamtym kierunku. Znajome rysy, tak to z pewnością ten sam gość, który molestował ją trudnymi pytaniami w środku kilka minut temu. Jednak lazł za nią.

-Znów nie odpalił? - zagadnął pogodnie?

„Nie odpalił” no tak, to dobry pretekst by wyjaśnić czemu nadal tutaj tkwiła, choć wyszła dłuższa chwilę przed nim. Skinęła potulnie głową, potwierdzając choć niesłusznie jego przypuszczenia. Z drugiej strony bardzo jej to pomoże. I tak nie wie gdzie jechać. Zyska na czasie.

-Podwiozę cię. - zaproponował i w ułamku sekundy był już przy niej otaczając ją troskliwie ramieniem.

Szła posłusznie w kierunku który jej narzucał delikatnie prowadząc w objęciu swego potężnego ramienia. Choć widzieli się niemal przed chwilą, nie czuła teraz lodowatego zimna. Jego miejsce zastąpiło ciepło, a potrzeba bliskości i stabilizacji wydawała się być choć chwilowo zaspokojona przez mężczyznę którego identyfikowała już jako Marka, choć nic więcej o nim nie wiedziała.

-Przykro mi Iwi. - zaczął delikatnie gdy dotarli do jednego z licznych zaparkowanych tu mercedesów. - Naprawdę mi przykro, że napadłem na ciebie w tym dniu. Nie skojarzyłem. Nie żyw do mnie urazy. Po prostu to wszystko zaczyna mnie przerastać. To ciągłe napięcie między nami. Ja … ja wciąż do tego nie przywykłem i zrozum nie jest mi łatwo się przyzwyczaić. Wiem, nie ma prawa być napastliwy, ale gonią nas terminy i każdy poślizg działa na naszą niekorzyść.

Szukał spojrzeniem jej oczu, które utkwione były teraz w podłoże, zupełnie jakby podziwiała dwukolorową kostkę pokrywającą parking.

-Iwi? - zagadnął ponownie – Może wolałabyś przenocować dziś u mnie? Obiecuję że nie nadużyję tego w żaden sposób. Zwyczajnie martwię się o ciebie. Nie powinnaś być tej nocy sama.

-Dziękuję, ale chcę wracać do domu. – szepnęła po czym już głośniej dodała – Poza tym Konrad wpadnie dziś do mnie.

Roześmiał się i przygarnął ją mocniej do siebie.

-No tak, towarzystwo geja jest bezpieczniejsze. To co nasz tleniony Seagal zaplanował na dzisiejszy wieczór? Kilka butelek wina i jakieś tkliwe love story na blu-rayu?

Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się nieznacznie. Mimo zdarzeń z ostatniej chwili i ją rozbawiło to co powiedział. Daleko było Kondziowi do Stevena Seagala, zważywszy choćby na sam wzrost. Poczuła się pierwszy raz od tej dziwnej zmiany zrelaksowana i odprężona.

-Ok. odstawię cię jak najszybciej, żebyś nie spóźniła się na wasz wieczorny seans i zdążyła jeszcze odprężyć w wannie. Później wrócę po auto, podstawię ci je na podjazd jak już rozkminię czemu tym razem zastrajkował. Kluczyki zostawię jak zawsze w kwietniku, ok?

Skinęła ponownie głową, uśmiechając się pogodnie. Marek podszedł do samochodu i otworzył drzwi pasażera na tyle szeroko, że mogła swobodnie wśliznąć się do jego wnętrza. Samochód zrobił na niej ogromne wrażenie. Nie przywykła do takich luksusów. Wprawdzie nie znała się na modelach, a sama sylwetka mercedesa niewiele jej mówiła. Kolor niepozorny, zwyczajny, bo srebrny, nie nadawał autu takiego wyrazu jak samo wnętrze. Tutaj było zdecydowanie co podziwiać. Piękna, jasna tapicerka ze skóry. Drewniane wykończenia, zapach nowości i panoramiczny dach, przez który wkradało się do wnętrza światło z pobliskiej latarni. Marek zwinnie obszedł samochód i po chwili znalazł się tuż przy niej na miejscu kierowcy. Odpalił pojazd i ruszyli wzdłuż parkingu ku bramie wjazdowej. Wpatrywała się w okno panoramiczne dachu, gdzie pobłyskiwały kolejno mijane latarnie, aż w końcu nastała ciemność zakłócana nieznacznie poświatą księżyca oraz światełkami migoczącymi wielobarwnie na desce rozdzielczej.

Marek włączył radio i ustawił jakąś spokojną stację. W głośnikach rozbrzmiały miłe dla ucha, kojące dźwięki. Jechali tak dłuższą chwilę bez słowa. Muzyka sączyła się z głośników niczym nie zakłócona. To uwielbiała najbardziej. Stacje radiowe gdzie grała wyłącznie muzyka. Nie wiedzieć czemu nigdy nie przepadała za rozmowami w audycjach. Dlatego zdecydowanie bardziej preferowała odtwarzanie płyt w samochodzie, niż słuchanie stacji radiowych. Ale teraz była mile zaskoczona. Cóż chyba wiele się na tym świecie zmieniło. Swoją drogą ciekawe który jest teraz rok? Myślała przez chwilę czy nie zapytać o to Marka, ale ta chęć szybko jej minęła. Uznała, że wyszłaby na jeszcze większa wariatkę niż do tej pory. Bezpieczniej jest pewne rzeczy przemyśleć. W domu chyba ma jakiś telewizor, czy choćby gazetę. Dom. No właśnie, ciekawe jak się dostanie do jego wnętrza. W torebce nie było żadnych kluczy. Może płaszcz? Wsunęła kolejno jedną a następnie drugą dłoń w kieszenie płaszcza, ale bez rezultatu. Jedyne co znalazła to paczkę chusteczek higienicznych. Spojrzała na Marka, ale prowadził w milczeniu, jakby nad czymś uporczywie rozmyślał. Wydał jej się bardzo tajemniczy. Tak łatwo zmieniał mu się nastrój. No cóż, przecież go tak naprawdę nie znała. Mogła oceniać tylko po bieżących zachowaniach i na tej podstawie wyrabiać sobie opinie. Na razie nie było szczególnych powodów do pozytywnego odbioru jego osoby, choć trzeba przyznać, że teraz był zdecydowanie lepszy w obejściu niż na początku ich znajomości, jeśli można tak to nazwać.

Spojrzała przed siebie i wlepiła wzrok w jezdnię przed nimi. Po bokach migały jej ciemne kontury drzew. Zdecydowanie odniosła wrażenie, że jadą przez las. Hmm. Ciekawe gdzie mieszka. Pewnie na jakimś zadupiu. Choć sądząc po asfalcie musi to być raczej ucywilizowane miejsce nie totalna głusza, w przeciwnym razie byłaby to zwykła, piaszczysta leśna droga. A może takich już nie ma.

Minęło sporo czasu, przynajmniej w jej odczuciu, zanim za oknami samochodu zaczęły pojawiać się zabudowania. Nie była to gęsta zabudowa do jakiej przywykła w dotychczasowym życiu. Niewielkie domki, przeważnie parterowe na pokaźnych połaciach terenu pojawiały się sporadycznie co kilka kilometrów. Jechali teraz pod górę. Droga wiodła wzwyż, niczym wspinałaby się prosto do nieba. Księżyc nabrał wyrazu i świecił teraz bardzo jasnym światłem, wzbogacony dodatkowo o pobłyskujące towarzystwo gwiazd. Radio nadal rozbrzmiewało nostalgicznymi, spokojnymi kawałkami, niezwykle przyjemnymi dla ucha. Gdy byli już na górze, po prawej stronie gęsty las przerwała otwarta przestrzeń, rozciągająca się nie tylko w szerz, ale i w głąb. Wzdłuż drogi dostrzegła wysokie ogrodzenie ze stalowych prętów. Samochód zwalniał, co uświadomiło jej, że albo Marka dopada zmęczenie, albo są już niedaleko. Ogrodzenie zaczęło się oddalać, wchodząc w głąb otwartej przestrzeni, a samochód zmienił swój tor jazdy, zbaczając powoli wzdłuż szlaku wytyczanego przez stalowe ogrodzenie. Zatoczył niewielki półokrąg i zatrzymał się w miejscu.

Marek spojrzał na nią, po czym wysiadł i obszedł auto dookoła otwierając drzwi od jej strony. Ściskając torebkę kurczowo, jakby trzymała w niej najcenniejszy skarb, wysiadła z pojazdu na żwirowy podjazd. Brama była zamknięta, podobnie jak furtka, do której teraz pewnym krokiem zmierzali. Marek pochylił się nieznacznie nad klawiaturą widniejącą na filarze obok furtki i wcisnął kolejno sześć cyfr.

-Zadziwiające, że nadal nie zmieniłaś kodu. To wciąż imię Twojego psa. Niezbyt rozsądnie. - uśmiechnął się pogodnie

Prowadził ją wąską alejką wyłożoną marmurowymi blokami do majaczącej w oddali sylwetki rozłożystego domu. Również był parterowy, choć nieco wyższy niż wcześniej mijane po drodze, ale dokładnego jego rozmiaru ani koloru z tej odległości nie była jeszcze w stanie ocenić. W miarę jak się do niego zbliżali rozbłyskały kolejne, niewysokie lampki umieszczone gęsto wzdłuż ścieżki.

Przy drzwiach widniał analogiczny panel jak przy furtce. Marek ponownie wprowadził kod i drzwi stanęły przed nimi otworem. Uśmiechnęła się, ale nie tak do niego, jak na poczucie ulgi w obliczu faktu, że mimo braku kluczy dostała się do domu. Wygląda na to, że wiele się zmieniło w jej życiu. Marek wcisnął włącznik na ścianie. Korytarz rozbłysnął pięknym, jasnym, białym światłem. Podłoga wykonana była z białego marmuru, a w centrum korytarza widniały schody prowadzące zapewne na niewielkie półpiętro, bo przecież dom nie był na tyle wysoki aby było tam coś więcej.

-Myślę, że teraz już sobie poradzisz. - stwierdził pogodnie – Przygotuj się na tą waszą imprezkę, odprowadzę samochód i zostawię ci na podjeździe. Pilot do bramy jak mniemam jak zawsze wala się w schowku?

W odpowiedzi jedynie uśmiechnęła się równie pogodnie co on i wolno zsunęła z ramion płaszcz.

-Chyba, że chcesz abym został? - zapytał, przechwytując jednocześnie płaszcz i wieszając go w szafie wnękowej za drzwiami. - Nie chcesz, dobrze. - znów uśmiechnął się pogodnie.

Podszedł do niej niepewnym krokiem, jakby badał jej reakcję na to co się dzieje. Objął delikatnie w talii i pocałował w czoło.

-Dobrej nocy Iwi. Zadzwonię jutro.

Całość wydarzyła się tak szybko, że zarejestrowała te fakty dopiero, gdy wyrwał ją z amoku dźwięk zapuszczonego w aucie silnika. Westchnęła przeciągle i delikatnym strzepnięciem zrzuciła ze stóp szpilki. Stanęła stopami na idealnie gładkim marmurze. O dziwo nie był zimny jak się spodziewała, a nawet oczekiwała tego. Widocznie zainstalowano tu ogrzewanie podłogowe. Ruszyła w kierunku schodów rozglądając się dookoła. Nie uszła zbyt daleko, gdy usłyszała dźwięk telefonu. Jej komórka wibrowała w torebce i rozbrzmiewała delikatną melodią. Podeszła do stolika, na którym leżała i niepewnym ruchem sięgnęła do jej wnętrza. Na ekranie komórki wyświetlała się znajoma twarz, którą zaledwie pożegnała przed chwilą ostatnim spojrzeniem. Wdusiła zieloną słuchawkę i przyłożyła aparat do ucha.

-Wpuść Ramzesa do domu. Chyba o nim zapomniałaś i siedzi na dworze. Odprowadzał mnie do furtki, wygląda na zmarzniętego, a jest już trochę wiekowy.

-Ok – to jedyne na co było ją w tej chwili stać.

Położyła telefon na stoliku przy torebce i otworzyła drzwi. Do domu wszedł ostentacyjnym krokiem czarny rottweiler. No może nie tak całkowicie czarny. Jego pysk okrywała pokaźna siwizna, ale w jej odczuciu nawet dodawała mu uroku. Poczłapał wolnym krokiem zupełnie nie zwracając na nią uwagi w kierunku wnęki po prawej stronie schodów. Zamknęła drzwi i ruszyła jego śladem. Po chwili dotarła do pomieszczenia większego niż hal przed schodami. Rozpościerało się w obu kierunkach na prawo i lewo. Wyglądało na to, że niemal cała tylna część domu stanowi jego wnętrze, gdyż okna rozmieszczone były na wszystkich ścianach, poza tą z lewej strony. Prawa część stanowiła aneks kuchenny, a lewa ogromny salon z wielką sofą, fotelami, luźno porozrzucanymi pufami oraz długim stołem z krzesłami.

Pies stał nieruchomo wpatrzony w swoją miskę umieszczoną pod bufetem w aneksie kuchennym. Podeszła bliżej. Podniósł na nią wymownie wzrok i zamruczał. Ani to przyjemne, ani agresywne mruknięcie. Czarne węgielki wpatrywały się w nią z zadumą. Mogłaby przysiąc, że jeden dziwnie ucieka, tak ucieka w lewo, miał zeza. Uśmiechnęła się do siebie, wyglądał z tym naprawdę słodko. Jemu jednak najwyraźniej nie było do śmiechu, wciąż patrzył na nią niewzruszony. Zupełnie jakby chciał jej zapytać, czy długo zamierza stać bezczynnie i nic nie robić w obliczu pustki ziejącej z wnętrza jego metalowej miski. Pochyliła się i podniosła ją z podłogi, postawiła na bufecie i zaczęła plądrować okoliczne szafki jedna po drugiej. Po dłuższej chwili znalazła w jednej z nich wysoki, plastikowy pojemnik wypełniony suchą, psią karmą. Wsypała do miski pełną garść i postawiła przed psem. Spojrzał na nią wymownie.

-Co? Za mało? - zapytała, jakby liczyła na odpowiedź i dosypała jeszcze dwie tak, że miska wypełniona była teraz po brzegi.

Pies pochylił się nad karmą, wciągnął powietrze kilka razy z głośnym świstem i przystąpił do konsumpcji. Iwona uśmiechnęła się pod nosem, zadowolona z obrotu sprawy i obróciwszy się na pięcie ruszyła do części salonowej pomieszczenia. Przysiadła na pierwszym mijanym fotelu. Cudowna miękkość z miejsca ją urzekła. Na fotelu obok leżał pilot. Podniosła go i rozejrzała się dookoła, ale nie znalazła w zasięgu wzroku żadnego telewizora, czy innego sprzętu do którego sterowania mógłby on służyć. Wcisnęła kilka przycisków kierując go na przemian w różnych kierunkach pomieszczenia. Po chwili usłyszała nieznaczny trzask a następnie szum, jakby w oddali ktoś próbował ciągnąc sanki po betonie zamiast po śniegu. Spojrzała w górę, skąd dobiegł ją ów dźwięk. Z sufitu wyłaniał się pokaźnych rozmiarów telewizor. Gdy odsłonił już się w pełnej okazałości rozbłysnął światłem. Wpatrywała się w ekran z zaciekawieniem. Na kanale który udało jej się włączyć właśnie leciały wiadomości. Pasek u dołu ekranu komunikował iż był 15 listopada 2018 roku. Czyli przeniosła się o siedem lat do przodu. Dużo, nawet bardzo dużo. Hmm. A zatem będzie miała dwóch synów, tylko dlaczego ich straci? No cóż warto o tym pamiętać po powrocie. Absolutny zakaz wyjazdów na ryby. Ale czy wróci? Musi wrócić, przecież to nie może trwać wiecznie. Może już tej nocy, gdy zaśnie, obudzi się z powrotem w swoim małym, ciasnym mieszkanku na Siennej.

Jej rozmyślania przerwało przeciągłe, głośne sapnięcie. Spojrzała w kierunku z którego dochodziło. Ramzes skończył się opychać karmą i właśnie zmierzał w kierunku schodów. Wyłączyła telewizor i ruszyła za psem. Wchodził po schodach niespiesznie, posapując przy tym jakby był poważnie zmęczony. Przez chwilę zrobiło jej się go żal. Będzie musiała podać mu jakieś witaminy. No tak, przecież jest weterynarzem, z pewnością może mu ułatwić jesień jego życia. Obejrzał się na nią, a ona obdarzyła go promiennym uśmiechem. Odwrócił łeb i podążał dalej w górę schodów. Zatrzymał się na chwilę na ich szczycie rozglądając na boki, jakby nie mógł się zdecydować gdzie dalej pójść, po czym skręcił w prawo i zniknął jej z oczu. Przyspieszyła kroku i po chwili ponownie znalazła się tuż za nim. Otworzył pchnięciem łapy najbliższe drzwi, a wówczas jej oczom ukazał się pokój sporych rozmiarów. Na środku stało duże łózko idealnie zasłane. Poczuła w powietrzu zapach bzu. To widocznie efekt płynu do płukania lub proszku do prania. Zapach był delikatny, aczkolwiek intensywny.

Pies zakręcił się kilka razy wokół własnej osi, po czym złożył swoje potężne cielsko na dywaniku przy łóżku. Iwona rozejrzała się po pokoju. Podeszła do uchylonych drzwi w poszukiwaniu łazienki, lecz trafiła na szafę wnękową. Ruszyła w kierunku kolejnych po drugiej stronie pokoju. Jest. Znalazła. Przełączyła włącznik na ścianie i z nieukrywaną radością powitała kabinę prysznicową skąpaną w nikłym świetle kinkietu. No tak, pozostało jej zapewne niewiele czasu aby ogarnąć się przed przyjazdem Konrada.

Czytaj więcej

Rozdział 2

Asfalt błyszczał w świetle reflektorów, niczym posypany drobniutkimi brylancikami. Wciskał pedał gazu coraz to intensywniej, pogrążając się w myślach. Iwi była dzisiaj nieswoja, zupełnie jakby w kilka chwil zmieniła się w inną kobietę. Pogrążona w zadumie, nieobecna, zagubiona. Czyżby nękało ją sumienie? Przecież rozmawiali o tym tyle razy, powinna już chyba to w sobie przegryźć. A może nie? Może zwyczajnie to ten dzień tak na nią wpłynął? Tyle, że od śmierci Grzegorza i dzieci wszystko między nimi działo się tak intensywnie. Burzliwe wzloty i upadki. Przechodzili ze skrajności w skrajność. Doprowadzali się do płaczu, po to by za chwilę wybuchnąć salwami śmiechu. A dzisiaj znów przygasła, niczym zalane nagle wodą palenisko. Jeszcze wczoraj była pogodna i zapewniała, że śmiało mogą przeprowadzić dzisiaj ten test, a tymczasem taka klapa. I ta jej bezradność? To zastanawiało go najbardziej. Zawsze to ona tryskała pomysłami, to ona wiodła pierwsze skrzypce i doskonale wiedziała co i kiedy zrobić. A teraz? Taka zmiana. Zupełnie jak nie Iwi jaką znał.

Zerknął na prędkościomierz i odruchowo zdjął nogę z pedału gazu. Panująca aura nie sprzyjała wszelkiej brawurze za kierownicą. Podczas gdy w mieście temperatura i warunki drogowe nie były tak odczuwalne, tak tutaj na trasie wyglądało to zupełnie inaczej. Jeden fałszywy ruch mógłby się skończyć tragicznie. Na jego własne życzenie. A teraz był jej potrzebny. Tak przynajmniej twardo sobie wmawiał. Nie miała nikogo. Sama w obliczu tego wielkiego przedsięwzięcia. Nie mógł jej teraz zostawić w taki czy inny sposób.

Był niemal pewien, że po ich ostatniej rozmowie Iwi zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Wierzył głęboko, iż zrozumiała, że obecnie każdy jej błąd mogą przypłacić życiem oboje, lub przynajmniej jedno z nich. Zastanawiał go jedynie fakt, dlaczego jeszcze dwa dni temu była tak pewna tego co robi. Zdawała się posiadać gwarancję sukcesu. Powsiadała na niego w dyskusji, gdy wyraził swoje obawy co do powodzenia działań. To ona przekonywała go do tego, iż wszystko pójdzie zgodnie z planem, a w jej oczach widział ten charakterystyczny błysk, który utwierdzał go w przekonaniu, iż wie bo sprawdziła. Tak, taka właśnie była Iwi. Pewna i przekonana tylko wówczas, gdy coś już przetrenowała. Zachodził jedynie w głowę jak i kiedy. W jaki sposób udało jej się zrobić coś poza nim. A może tak tym razem nie było? Może zwyczajnie polegała na dotychczasowych doświadczeniach i pewność siebie oraz intuicja tym razem były niewystarczające i zawiodły? To by przynajmniej wyjaśniało choć w części jej dzisiejsze rozbicie po nieudanej próbie.

Myśli tłukły się w jego głowie, nie pozostawiając wątpliwości, że jego uczucia względem Iwi zamiast gasnąć, rozpalały się jeszcze bardziej intensywnie. Dokładnie pamiętał ich pierwsza rozmowę. Nie była jeszcze wówczas mężatką, ale i wtedy nie łatwo było się do niej zbliżyć. Podrzędna Pani weterynarz, ale z klasą, wielką klasą. Na przyjęciu, gdzie się poznali, wyglądała jak bogini. Wysokie szpilki, mała czarna i szal. Tak ten szal zapadł mu szczególnie w pamięć. Jakby na to nie patrzeć, gdyby nie on, pewnie nie miał by odwagi by do niej przemówić. Zabezpieczał wtedy konwój medyczny, który przewoził nietuzinkowy ładunek. Jak to się cholera nazywało? Nie mógł sobie przypomnieć. W każdym razie było wówczas przełomem w medycynie. Iwi z pewnością wiedziałaby i teraz co to było. Na bankiecie były same znakomitości, a on znalazł się wewnątrz przez zupełny przypadek. Zwyczajna uprzejmość właściciela posiadłości który podczas przejmowania przez jego ludzi ładunku, zaproponował mu szklankę wody. Do dzisiaj nie wie, jakim cudem dostał takiego napadu kaszlu. Może to emocje? Nigdy wcześniej nie bywał w takich rezydencjach.

Wystarczyło mu jedno spojrzenie, gdy wszedł do rezydencji, aby znaleźć w tym gąszczu ludzi właśnie ją. Przyciągała jego wzrok jak magnes i tak zostało do dzisiaj. Gdy kroczyła majestatycznie wzdłuż sali, rozglądając się dookoła własnej osi, szal delikatnie zsunął się z jej ramion i opadł z gracją na podłogę niespełna o metr od niego. Widział go falującego w powietrzu jak w zwolnionym tempie. Opadał delikatnie kołysany pędem powietrza poruszanego zgrabnym ruchem jej bioder, a gdzieś poniżej jego poziomu lotu jej oddalające się eleganckie szpilki.

To był ten moment. Jego pięć minut. Teraz, albo nigdy myślał sobie w duchu, gdy podnosił szal z podłogi. Ruszył za nią niemal biegiem. Do dziś pamięta dokładnie ten błysk w jej oczach, gdy na niego spojrzała. A jego nie było stać na najmniejsze słowo, jedynie wyciągnięcie ręki z szalem w jej kierunku. Stał jak zahipnotyzowany nawet w chwili gdy ona się przedstawiła. To była najdłuższa chwila w jego życiu, zupełnie jakby zobaczył jakieś objawienie, totalnie go zahipnotyzowała. Dopiero, gdy wybuchła śmiechem w obliczu jego zadumania i braku reakcji, ocknął się, oblał czerwienią i wydusił swoje imię. I choć był wściekły, że dzisiejsze testy zakończyły się fiaskiem, to nie potrafił złościć się na nią samą. Nigdy zresztą tego nie potrafił. Zawsze znajdował dla jej zachowań jakieś wytłumaczenie.

Wtedy, gdy poznali się na bankiecie nigdy nie pomyślałby że jego piękna Iwi zwiąże się ze zwykłym pastuchem. Tak, właśnie tym był według niego Grzegorz. Zwykłym wieśniakiem żyjącym z wypasania i sprzedaży bydła. I choć tak bardzo zawsze chwaliła jego zaradność i była z niego dumna, dla Marka pozostał nic nie znaczącym parobkiem. Tak właśnie go oceniał. Zwykły cwaniak, który miał szczęście rozkochać w sobie damę jego serca.

Istotnie tego miał wielką świadomość. Iwona zawsze będzie w jego sercu, cokolwiek zrobi, cokolwiek powie, cokolwiek jej się nie uda, dla niego zawsze będzie ważna i wartościowa. I mimo, że poznana przez niego Iwona nie była tą dzisiejszą Iwi, której nazwisko słynie w kręgach medycznych, która podejmuje się nowych wyzwań i wytrwale zmierza do celu. Mimo, iż nie było z jej strony wyraźnej wzajemności i jedyne na co mógł liczyć to bycie pod ręka, gdy ona tego potrzebowała, kochał ją na zabój.

Sącząca się z głośników samochodowych muzyka zamilkła niespodziewanie, a jej miejsce zajął dźwięk nadchodzącego połączenia w zestawie głośnomówiącym. Marek przeniósł swój wzrok na ekran lcd na którym miarowo pulsowała niewielka słuchawka telefonu, a obok niej widniał napis "Hossam".

-Zawzięty egipski sukinkot, to było do przewidzenia że zadzwoni - syknął przez zaciśnięte zęby i wdusił przycisk na kierownicy – Tak?

-Co do kurwy tam się dzieje?!?

-Mnie również miło cię słyszeć Hass

-Nie podkurwiaj mnie jeszcze bardziej! Miało już nie być trupów, ta twoja dziwka twierdziła, że wie co robi, nie będę po was sprzątał w nieskończoność bo nie dostaję nic w za …

-Uspokój się, zapew....

-Że niby mam się uspokoić?? Ochujałeś?!? Czy może nie masz świadomości co pociągnie za sobą niepowodzenie tego projektu?!? I nie waż mi się kutasie przerywać, gdy mówię bo zamkniesz oczy szybciej niż zdążysz się zorientować?!? Czujesz to?

-Rozumiem.

-Zapytałem czy czujesz?

-Czuję.

-I prawidłowo.

W głośnikach na powrót zabrzmiały dźwięki muzyki. Odruchowo zjechał na pobocze i wysiadł z auta. Obszedł pojazd dookoła i zamaszystym ruchem kopnął w oponę. Oparł się dłońmi o maskę i ze spuszczona głową próbował zapanować nad oddechem. Nie ulegało wątpliwości, że Hossam wciąż budził w nim dziwne uczucie paniki. Po ty wszystkim co przeszedł w życiu, wydawało mu się, że żaden człowiek nie jest w stanie zrobić na nim już wrażenia. Ale z tym było inaczej. Ten wciąż powodował szybsze bicie serca, podniesiony poziom adrenaliny i oddech tak płytki i szybki że miał wrażenie utraty tchu.

Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni papierośnicę i już po chwili wypuścił z sykiem kłąb dymu. Uniósł wzrok i wlepił go w migoczące na niebie gwiazdy. Tego się obawiał, tego mógł się spodziewać i spodziewał. Przekroczyli już granicę błędów. Projekt musi zacząć przynosić spodziewane efekty. Obrócił się w miejscu i cofnął napotykając udami maskę samochodu. Podświadomie szukał oparcia w obliczu zamętu jaki teraz panował w jego głowie. Poziom adrenaliny podniósł się mu do tego stopnia, że nawet nie odczuwał chłodu panującego dookoła. Stał bez ruchu kilka sekund wpatrując się w rozgwieżdżone niebo. Nie tak to sobie wyobrażał, nie tak to miało być. Owszem spodziewał się, że wchodząc w ten szemrany interes nigdy nie będzie już tak jak dawniej. Tyle, że wciąż łudził się małą nadzieją która właśnie odeszła w nieznane. Myślał, że pewnego dnia, gdy projekt wypali i Iwi da tym draniom to czego chcą, będą mogli odejść. Rozmowa, a w zasadzie pseudo dialog, który właśnie miał miejsce, uświadomił mu jednak, że tak się nie stanie. Jeśli projekt wypali, a musi bo inaczej zginą, to będą drążyć dalej. Iwona ma fach w rękach, owszem coś zawiodło, jakieś pomiary, badania, cokolwiek, nie jemu to wiedzieć, ale zna się na rzeczy i jest im potrzebna. To niemal oczywiste, że będą ją trzymać tak długo jak będzie przydatna. A on? Cóż na tą chwilę stanowi pomost między nimi a nią. Czy go potrzebują? Trudno wyczuć, ale widać tak skoro jeszcze go nie skasowali. Hass musi mieć wobec niego jakiś plan. Gdyby chodziło wyłącznie o umiejętności Iwi, już dawno by nie żył. Przecież mogli współpracować z nią bezpośrednio, ale tego dotąd nie zrobili. Czyli coś jest na rzeczy. Ewidentnie tak. Uciekał jedynie od myśli, że Iwi mogła spowodować dzisiejsze fiasko celowo. Nie chciał dopuścić do siebie takiej opcji, choć intuicja zaczęła go w ten sposób ostrzegać i podsuwać różne scenariusze takiej właśnie opcji. Nie, stanowczo nie mogło tak być. To Iwona, jego Iwi, zna ryzyko, nie odważyłaby się grać ich życiem, zdecydowanie nie.

Uniósł lekko biodra i wsunął ciało na maskę samochodu. Oparł plecy o przednią szybę i zaciągnął się głęboko papierosem. Poczuł przyjemne ciepło. Maska drżała pod wpływem nadal uruchomionego silnika. Zmrużył oczy i wbił wzrok w przestrzeń przed autem. Snop światła ziejący z reflektorów ciągnął się daleko w przód, a w nim majaczyły drobinki kurzu, a może drobniutkie płatki śniegu, sam nie wiedział dokładnie co, ale widok ten zaczął go uspakajać.

Powiódł wzrokiem wzdłuż oświetlenia, które padało prosto na las, ciemny i majestatyczny. Lekki wiatr poruszał listowiem i iglakami. Był niemal pewny, że mimo hałasu silnika słyszy ich delikatny szelest. Kojący dźwięk, który teraz był mu tak potrzebny. Utkwił spojrzenie w ścianie lasu, zmrużył oczy i próbował wytężyć wzrok. Wydaje mu się, czy widzi jakiś ruch? Człowiek, a może zwierzę? Uniósł plecy i pochylił się do przodu nadal przywierając pośladkami i nogami do ciepłej maski samochodu. Otworzył usta, jakby chciał zawołać, by upewnić się czy otrzyma jakąś odpowiedź, lub wywoła jakąkolwiek reakcję, ale zrezygnował. Tablica. Tak to jedynie tablica informacyjna. Utkwił w niej wzrok, a delikatny dotychczas wiatr przybrawszy na sile poruszył mocniej gałęziami odsłaniając napisy. „Camping – Jezioro Dobczyckie”. To tutaj. W tym miejscu musieli mu zepsuć hamulce. Gdyby któryś z tych osłów zadzwonił wtedy do niego, że w aucie są dzieci, odwołał by wszystko i nie czułby się teraz tak podle. Iwi często mówiła o wypadach na ryby, ale chłopcy zawsze zostawali wtedy z nią. Skąd mógł wiedzieć, że tym razem będzie inaczej? Spuścił wzrok na ziemię i zaciągnął się mocno papierosem. Wstrzymał na chwilę oddech i po niej wypuścił kłąb dymu, który szybko podchwycił wiatr i uniósł w górę rozmywając w przestworzach.

To doznanie było najbardziej bolesne. Ta świadomość wyrządzenia bliźniemu tak potwornej krzywdy. I to cierpienie. Serce miał rozdarte gdy widział ją szarpiąca ziemię paznokciami, gdy małe trumienki opuszczano do ciemnych otchłani grobu. Gdy trumnę z ciałem Grzegorza spuszczano w dół nie uronił nawet jednej łezki, ale chłopcy? W tamtym momencie nie był w stanie nic zobaczyć, zalewał go potok łez. Słyszał zawodzenie Iwi, ale nie był w stanie jej pocieszyć. Nie drgnął nawet. Brak mu było sił, a może odwagi, bo wiedział dokładnie że jest za to co się stało odpowiedzialny. On i tylko on. I niczego nie mógł z tym zrobić. Życie jest tak kruche, a to co się z nim wydarzy takie nieodwracalne i brzemienne w skutkach. I ta apatia. Ten chłód, którym później obdarzała każdego dookoła siebie. Ta izolacja i zamknięcie w ciasnej skorupie. Minęło już tyle czasu, a temat wydawał się jakże świeży. Pamiętał każdy szczegół, każdą sekundę i każde słowo kapłana, który prowadził pochówek. Zapamiętał dokładnie kolor trumien, zapach ziemi i dźwięk zawodzących dzwonów z kapliczki cmentarnej. Czy miałby odwagę tam dziś pójść? Byłby w stanie spojrzeć na tablice z ich nazwiskami? Czy cyfry świadczące o wieku nie ścięłyby mu krwi w żyłach? Przed tymi chłopcami było całe życie, a on przeciął tą więź która łączyła ich z tym padołem. Tak po prostu, tak zwyczajnie, jedna nieodwracalna chwila. I cóż, że nie bezpośrednio jego rękoma, ale to z powodu jego inicjatywy i wcześniejszych działań.

Tylko po co? Co to zmieniło? Z perspektywy czasu musiał przyznać przed samym sobą, że praktycznie nic. Nie jest oficjalnie partnerem Iwi i chyba nigdy nie będzie. Ona szukała czegoś innego, dał jej to znienawidzony przez niego wieśniak. On był jej światełkiem w tunelu. Teraz pozostaje mu przy niej wiernie trwać, chronić i pocieszać, bez roszczeń w zamian. Gdyby choć przez moment pomyślała o jego jakimkolwiek związku z tym splotem wydarzeń, z miejsca znienawidziłaby go na wieki. Ten jad w jego sercu, ta zadra, nigdy się już jej nie pozbędzie. Jest tego świadom i czuje to każdą komórką swojego ciała, oraz każdym fragmentem zbolałej duszy.

Rzucił tlącego się jeszcze papierosa w bok, ten odbił się od ziemi rozsypując żar i upadł poza zasięgiem jego wzroku. Zsunął się z maski samochodu i powolnie, niespiesznie wsiadł do pojazdu. Muzyka była tak melancholijna, że zmienił stację. Nie miał na to nastroju. Nie teraz. Już bez tego czuł się wystarczająco podle. Zapomniał o tym co dziś miało miejsce. Nie chciał tego rozpamiętywać, bo i nic nie był z tym w stanie obecnie zrobić. Musi odciąć się od tego co jest przeszłością. Skoncentrować się na tym co powinien uczynić dalej. Zmora przeszłości zawsze będzie powracać, ale jeśli celowo będzie sprowadzał te wspomnienia, to pewnego dnia go zabiją. Jeszcze nie raz znajdzie się w takiej chwili jak ta, ale jeśli z tych wspomnień będzie wracał równie szybko myślami jak dziś, jest szansa, że pewnego dnia nie będą już robić na nim takiego wrażenia jak teraz. Obecnie przyświeca mu już tylko jeden cel, wyjść cało z tej niezręcznej i jakże ryzykownej sytuacji. I to nie sam. O nie, tym razem nie będzie już patrzył tylko na swoje potrzeby i martwił się swoimi troskami. Musi wesprzeć Iwi i wyciągnąć ją z szamba, w które to on ją wprowadził. Bo choć zadał jej tyle krzywd, musi pamiętać, że ona ufa obecnie tylko jemu. Sama zagubi się w tym wszystkim bezpowrotnie. Każda sekunda, minuta, godzina, dzień, tydzień, miesiąc czy rok, będą ich oddalać od mroków przeszłości. Może nawet kiedyś spełni się jego marzenie i stanie się dla niej kimś więcej niż powiernikiem, przyjacielem, pocieszycielem i kochankiem z doskoku. Może stanie się osoba ważną w jej życiu, tak jak zawsze tego pragnął.

W radio właśnie zapowiadali nowy polski serial, który miał dziś wieczór mieć premierowy odcinek. W lodówce powinna być jeszcze pełna zgrzewka piwa. Na myśl o tym poczuł napływająca do ust ślinę. Zerknął na zegarek, jeśli się spręży może nawet zdąży dojechać do domu i wziąć prysznic nim serial się zacznie.

Czytaj więcej

Rozdział 3

Tak miło, beztrosko, ciepło i przyjemnie, że chciałoby się pozostać w tym stanie na wieki. Do tego ta wspaniała melodia, delikatna, doskonale pasująca do tego uczucia. Zaraz. Chwila. To telefon. Iwona wyskoczyła z łóżka jak oparzona. Chodziła chwilę jak w amoku po pokoju, wciąż słysząc dzwoniącą komórkę ale nie mogąc zlokalizować gdzie jest. Po chwili dostrzegła jaśniejący jej ekran na podłodze przy łóżku. Pewnie zrzuciła ją ze stolika we śnie, albo zasnęła z nią w łóżku, a w nocy spadła zsuwając się z pościeli. Doskoczyła jednym susem w do telefonu i odebrawszy połączenie przycisnęła aparat do ucha.

-Iwi! Cholera nareszcie! Dzwonię już piąty raz! – rozbrzmiał dziwnie znajomy, kobiecy głos, nie była jednak w stanie wydusić z siebie słowa wciąż trwając na wpół w śnie, głos jednak drążył temat – Jesteś tam?!?

-Jeeestem … - wydukała jednocześnie ziewając, jak to jest że takie rzeczy nachodzą nas kompletnie nieoczekiwanie i są tak silne że nie jesteśmy w stanie nad nimi zapanować?

-Dopiero Cię obudziłam?? Zabiję Konrada, to miały być tylko pogaduchy przy winie. Tak mnie zapewniał ciągnąc do ciebie, ale nie mogłam – ton głosu wyraźnie złagodniał – przepraszam naprawdę nie mogłam. Zresztą Kondziu jak słyszę stanął na wysokości zadania, obaliliście chyba cały twój barek – rozmówczyni roześmiała się swobodnie, a napięcie już całkowicie umknęło z rozmowy

-Chyba tak. - niemal szeptem przytaknęła Iwona

-No dobra. Kochanie bardzo się cieszę że nie byłaś wczoraj sama i że odreagowałaś, ale przyjeżdżaj tutaj natychmiast. Mam taki kocioł że za chwilę oszaleję.

Choć nadal ciężko jej było myśleć, teraz była już niemal pewna, to zapewne ta sama kobieta która asystowała jej wczoraj przy operacji. Stąd znała ten głos. Zaraz jakże ona miała na imię? Kondziu mówił o niej wielokrotnie, aaaa, tak, Dorka!

-Dorotka … - spróbowała

-No?

Ok, jest plus, to właściwe imię. Teraz wypada się dowiedzieć gdzie ma pojechać.

-Jesteś nadal w szpitalu?

-Kochanie, wówczas nie zawracałabym ci głowy. U nas w Artemidzie.

-Artemidzie?

-Tak skarbie na Wąskiej w Wieliczce. Prędko. Czekam.

Zanim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować w komórce słychać było już tylko przerywany sygnał, świadczący o zakończeniu połączenia. Pięknie. Nie dość że obudziła się powiedzmy sobie wprost w obcym domu, gdyż otoczenie wprawiało ją nadal w dziwny stan upojenia, co z pewnością powodował jej umysł nie dopuszczając myśli że to jest jej obecne życie, to w dodatku wszystko odbywa się w takim tempie że zwyczajnie za nim nie nadąża. Co ona ma niby zrobić. Całkiem sama. Tutaj. Jej dotychczasowe życie cechowało poczucie bezpieczeństwa, wiedziała co i z kim robi. Tutaj czuje się jak w jakimś matrixie z którego Bóg jeden raczy wiedzieć czy kiedykolwiek uda jej się wydostać. Tak czy inaczej musi coś zrobić. Skoro już tutaj jest to trzeba jakoś egzystować. Może to doświadczenie z którego ma wyciągnąć jakieś wnioski i wynieść naukę na przyszłość. Zapewne to coś ma ją wzmocnić, lub przygotować na silne doznania, które dzięki tej nauce będzie jej łatwiej zasymilować w życiu.

Jej rozmyślania przerwał cichy pomruk. Zerknęła w stronę z której pochodził dźwięk. Nieopodal na puszystym dywaniku przy komodzie leżał rozciągnięty pies. Łypnął okiem w jej stronę. Widok był zniewalający. Kochała zwierzęta, tego akurat była pewna i to się nie zmieniło mimo tego wszystkiego co zaszło ostatnio dookoła niej. Jego pysk wyrażał zadowolenie, delikatnie rozchylona kufa świadczyła o poczuciu spełnienia. Spomiędzy zębów wystawał nieznacznie język. Ten widok wypełnił ją dziwnym ciepłem i mimowiednie uśmiechnęła się radośnie, niczym dziecko. Podeszła do garderoby i weszła do jej wnętrza. Pod sufitem kołysał się lekko łańcuszek, gdy za niego pociągnęła, pomieszczenie rozbłysło delikatnym światłem. Rozejrzała się wokół siebie. U góry na półce leżały idealnie poukładane pudełka, ale jakoś nie czuła potrzeby by zapoznawać się z ich zawartością. Poniżej w idealnie równych odległościach wisiały w rzędzie ubrania. Ktoś, może ona, odpowiadał za ich idealny stan i posegregowanie na sukienki, spódnice, żakiety, spodnie, bluzki i tym podobne. Na wysokości kolan dookoła całej przestrzeni rozpościerał się rząd szuflad, a poniżej nich dwa rzędy półek z obuwiem, od szpilek rozpoczynając, przez baletki, botki, obuwie sportowe na kozakach kończąc. Pociągnęła za uchwyt jednej z szuflad, a jej oczom ukazał się idealnie uporządkowany szyk zwiniętych w kulkę skarpetek. Z ciekawości sięgnęła do kolejnej, gdzie znalazła staniki w przeróżnych barwach. Jak należało się spodziewać wszystko w tym miejscu było idealnie przemyślane, a każdy centymetr garderoby zdawał się idealnie zagospodarowany. Nie trudno było się zatem domyśleć co jest w kolejnych szufladach. Energicznie otworzyła je kolejno sięgając i kompletując wykwintną bieliznę oraz wszystko co niezbędne do zapewnienia sobie komfortowego a zarazem również adekwatnego do sytuacji stroju. Tak przynajmniej wydawało jej się na ten moment. Wnioskując ze słów Doroty jedzie do pracy, choć innej pracy niż ta którą wykonywała wczoraj. Sama nie wie co ją bardziej przeraża, fakt że jest taka zapracowana, czy może to że nie jest w stanie logicznie poukładać sobie w głowie tego co wokół niej się dzieje.

Wskoczyła błyskawicznie pod prysznic. Zajęło jej dłuższą chwilę odprężenie w strumieniach wody. Wyszła z kabiny pogodniejsza i z pewnością bardziej zrelaksowana niż postać którą widziała rano w lustrze niebawem po przebudzeniu. Włożenie na siebie delikatnej, stylowej i zapewne niebiańsko drogiej bielizny również należało do bardzo przyjemnych uczuć. Wydawałoby się ze szyto je dokładnie na jej miarę. Okręcała się na palcach patrząc z podziwem w lustro i cmokając z zachwytem.

-Nieźle, naprawdę nieźle, hehe.

Stąpając ostrożnie po posadzce prześliznęła się przez pokój ponownie do garderoby, pozostawiając na miękkim, puszystym dywanie mokre ślady. Wyszperała z jednej z szuflad czarne, samonośne pończochy i z gracją gazeli popędziła w podskokach ponownie do łazienki zatrzymując się przed lustrem. Oparła stopę na desce klozetowej i powoli wsunęła ją w pończochę.

-O raju, jak ja marzyłam o czymś takim – westchnęła cicho nie odrywając wzroku od swojego odbicia

Powoli niespiesznie wciągnęła pończochę aż po udo i uważnie ułożyła koronkę pilnując by silikon nie naciągnął jej skóry sprawiając ból. Poszło sprawniej niż myślała, widać technika i w takich sprawach poszła do przodu, albo i ten element garderoby był wręcz stworzony z myślą o niej, nic kompletnie nie uciskało, nie ciągnęło się i układało się na nodze wręcz idealnie. Nie mając wiedzy o tym że właśnie założyła pończochę na nogę mogłaby czuć się zupełnie jak by jej tam nie było. Idealnie dopasowana. Uśmiechnęła się do swojego odbicia i powtórzyła czynności dla drugiej nogi. Tym razem jednak z gracją i powoli ruszyła do garderoby. Omiotła wzrokiem rzędy obuwia i wyciągnęła najbardziej soczyście czerwone szpilki jakie kiedykolwiek wcześniej widziała. Postawiła je ostrożnie na podłodze i delikatnie acz stanowczo wsunęła w nie stopy. Mega komfort i wygoda, tylko, albo aż tyle przyszło jej do głowy. Miała nieodpartą chęć puszczenia się pędem do lustra aby zobaczyć efekt, ale postanowiła najpierw wybrać pozostałe elementy garderoby. Przesunęła kilka wieszaków analizując czy powinna wybrać, spodnie, spódnicę, czy może sukienkę. Wreszcie jej wzrok spoczął na nieskazitelnie gładkiej, jedwabnej sukience w kolorze chabrowym. Lśniła w nikłym świetle tak soczystą barwą że i dłoń Iwony choć przesuwała się niespiesznie wzdłuż materiału zdawała się niemal stać w miejscu z osłupienia. Jej usta ponownie rozciągnęły się w uśmiechu pełnym satysfakcji i zdecydowanym ruchem zsunęła sukienkę z wieszaka przerzucając ją sobie następnie przez ramię.

Przesunęła się o kilka kroków w kierunku żakietów, tutaj zdecydowała się na delikatny beż, niczym kawa z mega dużą ilością mleka. Do pełni szczęścia brakowało już tylko torebki, ale i tutaj intuicja jej nie zawiodła. Nieopodal żakietów1) we wgłębieniu na bocznej ścianie garderoby spoczywały na misternie wykonanych półeczkach od podłogi po sufit torebki równych rozmiarów poukładane w równych rzędach jak na wystawie sklepowej. Wyciągnęła jedną z równie soczyście czerwonych jak buty które wybrała wcześniej i wyprężając piersi przed siebie ruszyła ponownie do łazienki.

Stanąwszy przed lustrem patrzyła na swoje oblicze nie spuszczając z niego wzroku ani na chwilę gdy zakładała na siebie sukienkę a następnie żakiet. Upięła starannie włosy, zbliżyła się do toaletki i nałożyła delikatny makijaż. Miała już wychodzić z łazienki, gdy przechodząc obok lustra znów przystanęła i ponownie zerknęła w nie widząc teraz pełnię kwintesencję swoich porannych zmagań. Wstrzymała oddech, oczy zaszły jej mgłą, a po policzku popłynęła gorąca łza. Przygryzła wargę i szepnęła prawie niesłyszalnym, zduszonym gdzieś w głębi gardła głosem:

-Boże dopomóż żeby to nie był sen …

Wyszła z łazienki chwytając w locie chusteczkę higieniczną i delikatnie dotykając nią policzka by zebrać resztki łez. Z nocnego stoliczka pochwyciła zegarek, wsunęła go na rękę i ostatni raz rozejrzała się dookoła. Tak. Była już gotowa. Zaraz, zaraz, aaa, no tak, Artemida, na Wąskiej w Wieliczce. Pochyliła się na drzemiącym psem i delikatnie musnęła dłonią jego wielki łeb, po czym wyszła z pokoju. Biegiem pokonała schody, przy drzwiach niezdarnie przerzuciła zawartość wczorajszej torebki do jej czerwonej odpowiedniczki. Otworzyła zamaszyście drzwi, a jej ciało obiegł mroźny chłód poranka. Zamknęła oczy i wciągnęła głęboko powietrze przez nos. Tak zimne, tak surowe, tak cenne i takie … cudowne. Otworzyła na powrót oczy i ruszyła w kierunku samochodu. Czekał na nią piękny i lśniący. Ciemno granatowy, wielki i potężny w swojej sylwetce. Chwyciła za klamkę. Otwarty. Usiadła na idealnie gładkiej i o kurwa jakiej zimnej skórze. Dobrze, to co teraz. Nie ma miejsca na kluczyk? Przebiegła kilkakrotnie wzrokiem kolumnę kierownicy w poszukiwaniu znajomego otworu, ale znalazła tylko czerwony przycisk. Wzruszyła ramionami i wdusiła go. Pojazd rozbłysnął całą gamą kolorowych kontrolek, z głośników popłynął miły dźwięk delikatnych tonów muzyki, a nawiewy wypełniły się wzrastającym na sile podmuchem. Aha, działa! Rozparła się zadowolona w fotelu, który drgnął i począł zmieniać swoje ustawienie. Gdy znieruchomiał wdusiła pedał sprzęgła, wrzuciła pierwszy bieg i powoli, ostrożnie, jakby sprawdzając czy nadal to potrafi ruszyła z podjazdu.

Nie zdejmując lewej ręki z kierownicy zaczęła szukać prawą różnych możliwych ustawień w menu samochodu. Gdy dotarła do opcji ustawień nawigacji, odetchnęła z ulgą. Wprowadziła adres podając nazwę ulicy oraz miejscowość i ruszyła zgodnie z wskazówkami wyświetlanymi na ekranie i głosowymi komendami wyciszającymi muzykę, by po chwili powrócić do jej miarowych taktów po wygłoszeniu kolejnej wskazówki dojazdu.

Samochód sunął jak sanie po śniegu, bezszelestnie przemierzając kolejne kilometry, a ona wlepiała wzrok w przestrzeń przed nim, wyczekując z zaciekawieniem kolejnych nowości którymi zaskoczy ją ten dzisiejszy dzień. Podróż do Artemidy zleciała jej jak z bicza strzelił, zorientowała się o tym dopiero usłyszawszy z głośników komunikat „Dotarłeś do celu”. Zwolniła i nerwowo zaczęła rozglądać się po okolicznych budynkach. W mgnieniu oka dostrzegła budynek blado zielony, wsunięty w głąb posesji, rozległy i zwalisty, a na nim neon „Artemida”. Gdy mercedes zbliżył się do szlabanu, ten drgnął delikatnie, po czym energicznie ruszył w górę, otwierając mu drogę. Spojrzała w kierunku budki stojącej tuż przy nim. Z jej wnętrza młody mężczyzna w uniformie ochrony z logo „Artemida” skłonił się grzecznie, a jego usta drgnęły w nieznacznym uśmiechu. Odwzajemniła uśmiech i skinęła w odpowiedzi głową, po czym ponownie wlepiła wzrok w przestrzeń przed autem. Dodała delikatnie gazu, a mercedes nabrał prędkości. Od wjazdu do budynku rozciągał się długi pas drogi i choć pokonała go błyskawicznie, ta chwila wydawała się jedną z najdłuższych w jej życiu. Z prawej strony rozciągało się szerokie pasmo zieleni pokrytej szronem i poprzerywanej w idealnie równych odstępach iglakami. Po lewej zaś rozciągał się pokaźny parking. Nie zatrzymała się jednak na nim, lecz tknięta przeczuciem mknęła w kierunku budynku. Zahamowała dopiero na podjeździe, delikatnie wzniesionym ku górze i prowadzącym pod same drzwi. Z ich wnętrza wybiegł elegancki młodzieniec w uniformie dokładnie takim jaki miał na sobie mężczyzna z budki przy szlabanie. Wdusiła ponownie czerwony przycisk i z niewysłowioną satysfakcją odetchnęła gdy mercedes zamilkł, a ona znalazła się w totalnej ciszy i cieple, którym mogła się jeszcze przez chwilę rozkoszować.

Młodzieniec zmierzał ewidentnie w jej kierunku. Podszedł do auta, obszedł je i otworzył drzwi od strony kierowcy wyciągając dłoń w stronę Iwony w idealnie białej rękawiczce.

-Pani Profesor, witamy! – zakrzyknął nie kryjąc podenerwowania i entuzjazmu na jej widok.

Podała mu dłoń i z gracją opuściła pojazd, chwytając jeszcze w ostatniej chwili swoją torebkę.

-Dobrze że Pani już przyjechała, Doktor Nodu ciska w nas wszystkim co popadnie, a dziś ruch niemiłosierny. Kluczyki w schowku jak zawsze? – uśmiechnął się promiennie, a ją przez chwilę totalnie zamurowało na widok lśniącej bieli zębów jakie ukazały się właśnie jej oczom

-Doktor Nodu? – spytała wyrywając się jednocześnie z zamyślenia.

-Tak, Dorota Nodu. – jego uśmiech powiększył się teraz niemal dwukrotnie

-No tak – szepnęła – już do niej idę

Odsunęła się od pojazdu, a chłopak zręcznie wskoczył do jego wnętrza i ruszył wzdłuż budynku. Patrzyła chwilę za nim, ale auto tuż przy budynku skręciło i zniknęło jej z oczu, a ona dopiero wówczas poczuła przerażający chłód panujący na dworze. No tak. O płaszczu kompletnie zapomniała. Najdelikatniej i najzwinniej jak potrafi przeszła ostrożnie przez podjazd, który aż mienił się od pokrycia cienką warstwą lodu. Weszła po pięknych szerokich schodach i stanęła przed szklanymi drzwiami. Te natychmiast otworzyły się przed nią, nie pozostawiając za sobą najmniejszego śladu czy odgłosu.

-Witamy Pani Profesor! – z prawej strony dobiegł ją piskliwy głos, spojrzała w tamtą stronę i spostrzegła długowłosą blondynkę prężącą się jak struna za ladą recepcji.

Podeszła w jej stronę, a uśmiech na twarzy dziewczyny rósł w miarę jak się do niej zbliżała. Gdy była już na odległość około półtora metra dostrzegła identyfikator i imię, Łucja.

-Witam Łucjo. Gdzie znajdę doktor Nodu? – jej głos zabrzmiał pewnie i prosto, sama siebie zaskoczyła tą pewnością siebie

-Jest na pierwszym piętrze, blok operacyjny Pani Profesor. Mamy dziś mnóstwo pacjentów. – skinęła ręką poza obszarem wzroku Iwony, ta obejrzała się za siebie a jej oczom ukazał się tłum ludzi głaszczących i uspokajających swoich pupili.

No tak, teraz wie gdzie jest i kim jest. Nareszcie wszystko zaczyna się układać w jakąś konkretną i spójną całość. Jest weterynarzem. Nie będzie teraz myśleć o tym incydencie z wczoraj. Nie zamierza zaprzątać sobie głowy co i dlaczego robiła nad tymi zwłokami ludzkimi minionego wieczora. Jak u diabła doszło do tego że weterynarz operował człowieka? Ten świat zwariował na przestrzeni tych wszystkich lat, które rzekomo minęły. Nie, nie to jest teraz ważne. Jest tutaj i podoba jej się to co widzi. Jest ceniona, ma piękną i jak widać sławną klinikę weterynaryjną. Wszyscy się z nią liczą. Nie o tym marzyła? No właśnie. Zatem czas stawić temu czoło i unieść potęgę swojej zajebistości. Uśmiechnęła się do siebie rozglądając i zatrzymując wzrok na przypadkowych twarzach wyczekujących i zmartwionych opiekunów zwierząt, którzy przyszli tutaj dzisiaj po pomoc. Do niej, no i pewnie jej personelu, który zapewne musi być liczny.

-Pani Profesor? – z zamyślenia wyrwał ją głos recepcjonistki

-Tak? – odwróciła się w jej kierunku

-Doktor Nodu nalegała by niezwłocznie podjęła Pani pracę, jak tylko dotrze. Mimo pełnego składu, wszyscy mają ręce wypełnione robotą, a Doktor Nodu miała ciężki wypadek, niespełna pół godziny temu przywieźli konia wyścigowego. W drodze na zawody miał wypadek, urwał się transporter i wraz z koniem spadł ze zbocza. Stan jest bardzo ciężki, a właściciel upiera się że musimy go wyratować bo to champion i zapłaci każde pieniądze. Doktor Nodu zabrała ze sobą cześć załogi i cały czas operują.

-Dobrze, ja zatem przejmę bieżących interesantów. – rozpogodziła się, czując nareszcie wiatr w żaglach.

-Pani gabinet na piątym piętrze jest do Pani dyspozycji. – i znów ten czarujący uśmiech, zniewalająca dziewczyna

Iwona obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku wind. Gdy wdusiła przycisk przywołujący, poczuła na ramieniu czyjąś dłoń.

-Pani Profesor, będę kierować interesantów2) za jakieś dziesięć minut, żeby zdążyła się Pani przygotować. – to znów uprzejma i uśmiechnięta blondynka.

-Dobrze Łucjo – odparła taktowanie – dziękuję.

Drzwi windy otworzyły się z przeciągłym sykiem, jakby ktoś właśnie uchylał delikatnie okno w trakcie przeciągu. Weszła do wnętrza i wcisnęła piąte piętro. Winda była oszklona, zupełne zaskoczenie, bo z lobby na dole wydawała się zwyczajną windą. Tymczasem okazało się że pozostała jej część poza drzwiami, jest całkowicie ze szkła. Podróż nie trwała długo, ale efekt był zapierający dech w piersiach. Zdążyła nawet dostrzec swoje auto na parkingu za budynkiem. Widocznie w tym miejscu personel zostawiał swoje środki transportu. Zapowiadał się nareszcie dobry dzień. Słońce właśnie wychynęło zza wysokich drzew. Zrobiło jej się na sercu dziwnie ciepło i przyjemnie.

Gdy drzwi się otworzyły i wyszła z windy, zerknęła najpierw w prawą, a następnie w lewą stronę.

-Dzień dobry Pani Profesor! - znów3) radosny okrzyk, tym razem dobiegał z dyżurki po prawej stronie od wind. Ponad ladą wychylała się krótkowłosa brunetka z kompletnie kontrastującymi wielkimi okularami w oprawkach koloru ognistej czerwieni – jak zawsze latte z płaską łyżeczką? Do gabinetu? – spytała wskazując na drzwi na prawo od niej.

-Tak, zdecydowanie proszę do gabinetu. – rozpogodziła się jeszcze bardziej Iwona, właśnie tego potrzebowała, obrania kierunku w którym miała się teraz udać. I go ma.

Ruszyła przed siebie dziarskim krokiem, czując że ponownie panuje nad sytuacją. Spokojnie. Przecież nie ma ryzyka, żadnego problemu. Wie co robi, bo nie robi tego od wczoraj. Leczy zwierzęta od lat. Mogą ją co najwyżej uznać za starą , zdziwaczałą i stosującą skostniałe metody, ot co. Zatrzymała się dopiero przed drzwiami, a jej wzrok spoczął na tabliczce z jej imieniem i nazwiskiem. Tak, to jest zatem jej gabinet. Nacisnęła klamkę i weszła do środka zamykając za sobą drzwi. Odwróciła się by rozeznać we wnętrzu gabinetu. Był niezwykle surowy i stonowany, ale nie miał żadnego stołu do badań, jedynie biurko i mnóstwo regałów z książkami dookoła, a przed biurkiem dwa fotele zapewne dla ewentualnych rozmówców. Z prawej strony dostrzegła prostokątny stół idealnie obstawiony ośmioma krzesłami, pewnie do jakichś narad, a za nim drzwi, a dokładnie na ich wysokości kolejne tyle że z lewej strony. Ruszyła najpierw w stronę prawych. Otworzyła je, a jej oczom ukazał się gabinet rodem z najskrytszych marzeń. Wyposażony dosłownie po zęby we wszystko co trzeba. Na wprost drzwi przez które przeszła były kolejne. Ruszyła w ich kierunku, otworzyła i wyjrzała na zewnątrz pomieszczenia.

-Kawka już się robi! – rzuciła brunetka z szerokim uśmiechem, stała niespełna pół metra od niej, a na tabliczce dostrzegła imię – Katarzyna.

-Super Kasiu. Interesanci przesłani przez Łucję powinni zacząć już pojawiać się na górze.

-Już są – skinęła w kierunku długiego holu, wypełnionego po obu jego stronach rzędami krzesełek, niestety żadne z nich nie było wolne jak dalece sięgał jej wzrok, a to oznaczało że rzeczywiście mają co robić dzisiejszego dnia.

Uśmiechnęła się grzecznie i skryła ponownie za drzwiami. Przecięła gabinet niemal jednym susem wchodząc ponownie do pokoju z biurkiem i ruszyła w stronę kolejnych drzwi. Za nimi znalazła już jednak wyłącznie toaletę i pomieszczenie które zapewne stanowiło garderobę. Otworzyła stojącą tam obszerną szafę i założyła jeden z wiszących w niej fartuchów, a żakiet odwiesiła na zwolniony właśnie wieszak. Zrzuciła szpilki i wsunęła białe mokasyny. Mmmm, jakie wygodne. Szpilki pięknie prezentowały się na jej stopach, ale niestety do wygody obecnie noszonego obuwia brakowało im i to wiele. Za drzwiami rozbrzmiał dźwięk telefonu. Ruszyła szybkim krokiem w stronę pokoju z biurkiem i podeszła do niego. Podniosła słuchawkę.

-Pani Profesor Doktor Rebis do Pani, mówi że to pilne, przysłała go doktor Nodu.

-Dobrze, niech wejdzie.

Drzwi pokoju otwarły się niemal natychmiast, zanim zdążyła jeszcze odłożyć słuchawkę.

-Iwona, dobrze że jesteś. – do wnętrza pokoju wpadł z impetem młody mężczyzna mniej więcej jej wzrostu o cerze oliwkowej i bujnych ciemnych włosach. Znalazł się przy niej w ułamku sekundy i pochwycił za obie dłonie ściskając je i zamykając wewnątrz swoich. Na plakietce kołyszącej się przy fartuchu dostrzegła napis Ireneusz Rebis.

-Irku, co cię sprowadza o tak wczesnej porze?

-To ironia? Wiem, prawie tutaj nocuję, ale to ty dajesz mi taki przykład. – hmm, nie to miała na myśli, to była zwyczajna próba zagajenia z jej strony, ale nie zamierzała go wyprowadzać z błędu -Mniejsza o to, jestem niemal pewny, te implanty nie przyjęły się ze względu na wiek. Zwierzęta były zbyt młode, stąd skutki uboczne. – o czym on mówi?

-Implanty?

-Niop, tak, chip jest niezwykle złożony i wymaga odpowiedniego wieku tkanki która go otacza, by stabilnie w niej osiąść, nie bez znaczenia jest również tworzywo z której jest wykonany. Tak czy inaczej mam pewność, organizm zbyt młody. Zamiast nakłaniać do rozrodu i powodować kontrolę nad zwierzęciem, przyczyniamy się do jego zgonu.

Puścił jej dłonie i podszedł do rzędu okien, którymi pokryta była ściana jej biura za biurkiem. Wplótł dłonie we włosy i skrzyżował je z tyłu głowy.

-To będzie trudniejsze niż myśleliśmy Iwi. Czip reaguje inaczej niż zakładaliśmy. Osadza się, a następnie zaburza podstawowe czynności życiowe i nie wiem czemu. Dorka też nie ma bladego pojęcia. Pytałem jej. Podałem również swoją teorię w tym zakresie dzieląc się spostrzeżeniami. Ponoć wczoraj … - odwrócił się w jej stronę i opuścił ręce wzdłuż ciała - … Dorota mówiła że wczoraj operowałyście starszy organizm i coś też poszło nie tak.

-Starszy organizm? – kurwa czyli to nie był sen, operowała człowieka. Czy on słyszy co mówi. Oni tak po prostu jednego dnia są chirurgami na oddziale szpitala, a drugiego na oddziale weterynarii?

-No, tak. Nie chciała zdradzać szczegółów twierdząc, że musicie jeszcze pewne rzeczy doprecyzować, ale powiedziała, że to chyba nie kwestia wieku, bo reakcja organizmu była identyczna. Czip wywołał skurcz, a w efekcie zgon.

Iwona złapała się krawędzi biurka, cały świat jej zawirował. Naraziła człowieka? Wszczepiła człowiekowi czip? Ale po co? Co on miał za zadanie? O co chodzi do cholery z tym za młodym i za starym organizmem? Nakłaniać do rozrodu i kontrolować? Zwierzęta, czy ludzi?

-Iwi, nie będę naciskał, ale dobrze by było żebyście podzieliły się ze mną wnioskami, bo zbędnie zabijam te szynszyle, przydałyby się przy ważniejszych testach, a tak padają jedno po drugim jak muchy.

Spuściła wzrok i utkwiła go w idealnie lśniącej tafli biurka. Westchnęła lekko.

-Ok., porozmawiam z Dorotą i uzgodnimy dzisiaj na ile powinnyśmy wprowadzić cię w sprawę, dobrze?

-Jak chcesz, ale na tą chwilę przerywam zaszczepianie chipów. To mija się z celem, a prototypów mamy określoną ilość. Dzisiaj przysiądę do konstrukcji kolejnych, choć nie wiem czy warto, bo może mamy błąd w szczególe już na etapie konstrukcji lub zawartości związkowej…

-Powiedziałam już. – przerwała wypowiedź Irka – Wrócimy do tematu.

-Będę czekał. Tymczasem mam prośbę, mogłabyś prosić Kasię o te materiały z ZOO. Muszę do nich podjechać i podać diagnozę dla stanu ich hipopotama. Kasia kompletowała ci ten materiał w ubiegłym tygodniu.

-Sam ją poproś wychodząc – uśmiechnęła się pogodnie, a Irek dostrzegając że chyba jego czas się właśnie skończył, ruszył ku wyjściu jednak już zdecydowanie mniej energicznie niż wcześniej pokonał próg.

Iwona obeszła biurko i opadła zrezygnowana w fotelu. No tego to nawet nie dało się przewidzieć. Na litość co mają wspólnego implanty wszczepiane szynszylom z operacją na człowieku? Dorota. Ona zna odpowiedź, z pewnością. Musi koniecznie ją wypytać i to sprytnie żeby nie wzbudzić u niej podejrzeń. Podskoczyła w fotelu na dźwięk telefonu. Odruchowo chwyciła za słuchawkę, zanim sama zdążyła się zorientować co robi.

-Iwi – to Katarzyna, odetchnęła z ulgą – Ja nie mam tych dokumentów w sprawie ZOO. Dałam je tobie, chciałaś przejrzeć w domu, musiałaś je pewnie tam zostawić.

-Dobrze, zatem niech Irek przejmie pacjentów, ja jadę po dokumenty – wydusiła jednym tchem będąc w tonie tak stanowcza i zdecydowana że Katarzyna nawet nie zdążyła zareagować.

Odłożyła słuchawkę i szybko przebrała się w strój cywilny, rzucając fartuch w nieładzie. Przecież i tak tutaj wróci. Szybkim krokiem ruszyła do drzwi, chwytając po drodze torebkę. Przy drzwiach w lobby dopadł jej młody chłopak z ochrony wręczając kluczyk do auta. Spostrzegawczość przede wszystkim. Pewnie nieźle się napracowała kompletując taki personel. Poczuła się z siebie dumna.

Czytaj więcej

Rozdział 4

Odgłos pięści opadającej z łoskotem na stół wyrwał go z zadumy.

-Czy ty mnie kurwa w ogóle słuchałeś przez ten cały czas?!?

Wyprostował się w fotelu, skinął twierdząco głową, po czym odchylił się lekko w tył i skrzyżował ręce na klatce piersiowej.

-No mam co do tego pewne kurwa wątpliwości!

Tym razem skwitował wypowiedź rozmówcy wyłącznie uniesieniem oczu w jego stronę i lekkim drgnięciem warg, niby to w uśmiechu, niby w nerwowym geście.

-Widzę że jesteś mocno rozbawiony! – ryknął tamten, po czym doskoczył do siedzącego i oparł mu obie dłonie na skrzyżowanych przedramionach jednocześnie zniżając głos do szeptu – super, dla mnie oznacza to że nie będzie już wtop i ten trup z wczoraj, jak mu tam było Franek? – rzucił przez ramię

-Norbert jakiś tam szefie. – odpowiedział mu głos za plecami

-No właśnie jakiś tam Norbert, to ostatni wypadek przy pracy

-Hass – Marek odsunął powoli jego dłonie ze swoich przedramion i wstał tuż przed nim, zmuszając go tym samym również do przyjęcia stojącej postawy – przyswoiłem tą wiedzę już wczorajszego wieczoru. Naprawdę nie musimy bić tej piany. Wiesz że zrobię wszystko żeby ten plan się powiódł.

-Wątpię…

-Słucham? – nie krył zdziwienia – Pracuję dla ludzi jak ty od wielu lat, znam się na tym i zawsze dobieram sobie najlepszych specjalistów.

-Doprawdy? – westchnął tamten – Nie neguję, tyle że nie każdego z tych specjalistów posuwasz. – jego twarz rozluźniła się, zupełnie jakby rozbawił go jego własny żart

-To nie fair.

-Wiem. Zmierzam do tego że jesteś przy niej bardzo słaby, a my musimy mieć wyniki. Potrzebujemy rezultatów Marek, rozumiesz?

-Tak.

-To działaj, bo jej coś nie idzie.

-Takie sprawy zawsze wymagają czasu.

-Ty nie masz czasu Marek, ja też go nie mam. Może ty masz Franek?

-Nie szefie – znów ten sam głos za plecami

-Słyszałeś? Franek też nie ma czasu i żaden z moich pozostałych ludzi.

Wymianę zdań przerwało nagłe otwarcie drzwi z takim impetem, że odbiły się od ściany i wróciły uderzając wchodzącego. Hossam obejrzał się za siebie.

-Czy ja nie wspominałem, że nie życzę sobie przerywania tego spotkania?

-Tak, ale to minister.

-Jaki kurwa minister?

-Minister zdrowia szefie i premier plus jeszcze kilka osób, chcą się z Panem widzieć.

-Teraz?

-Tak.

-Jak tutaj trafili?

-Ponoć miał się Pan z nimi spotkać pół godziny temu.

-Fakt. Kurwa! Ja pierdolę! – odwrócił się ponownie do Marka – Widzisz? Oni też nie mają czasu by czekać. Weź się w garść i dzisiaj zaszczepcie to draństwo pomyślnie.

-Zrobię co w mojej mocy.

-Czyli gówno zrobisz.

-Zależy mi by tą misję wypełnić należycie.

-Jutro chcę mieć raport z zaszczepienia i pierwsze odczyty.

-Tak.

-Rano.

-Słyszałem.

Przysunął swoją twarz tak blisko Marka, że ten czuł teraz bijące z niej gorąco spowodowane silnymi emocjami.

-Wiesz co? Gdybyś nie był tak krnąbrny, to chyba bym uznał że nie dasz sobie z tym rady, a tak coś wewnątrz mnie mówi mi wciąż że podołasz. – jego oddech był przesiąknięty alkoholem i tytoniem

Odwrócił się i wyszedł a za nim mężczyzna który powiadomił ich o przybyciu niespodziewanych gości. Marek na powrót usiadł w fotelu. Sięgnął po papierosy i podpaliwszy jednego z nich zaciągnął się głęboko dymem.

-Naprawdę jesteś w stanie to zrobić? – Marek niemal zapomniał że w pomieszczeniu pozostał Franek

-Ja nie, ale ona tak.

-No, to właśnie miałem na myśli. Da radę?

-Mam nadzieję, bo inaczej oboje zginiemy.

-Jesteś byłym gliną, pracowałeś w terenie, nie w takiej akcji brałeś nie raz udział nie? – wyraźnie chciał go rozluźnić

-Ten facet z wczoraj…

-Który? Ten z psychiatryka?

-Taa.

-No, to co z nim?

-On też był gliną – uśmiechnął się lekko – i zobacz co się z nim stało?

-Gliniarz?!?

-Taaa. Policja wodna z Sopotu, przyleciał tutaj ranny po akcji. Kuracji wymagało jednak nie tylko pogruchotane kolano, ale i głowa.

-Postrzelili go w głowę?

-W nogę, a konkretnie w rzepkę kolanową.

-No to co bredzisz o głowie?

-Ta akcja odcisnęła na nim poważne piętno, zakwalifikowali go do wariatkowa i tak trafił tutaj, wprost w nasze łapska. I jak skończył? Jak królik doświadczalny. Zupełnie zapomniany. Bez rodziny. Nikt się nie upomina, a facet miał zwyczajnie jazdy bo nie radził sobie ze swoją pracą. Wielu gliniarzy to spotyka, więc w tym środowisku nikogo to nie dziwi. Nie był towarzyski, więc i obawy nie ma że ktoś będzie się szczególnie rozwodził nad jego zejściem.

-Skąd tyle o nim wiesz?

-Bo każdą doświadczalną świnkę morską musimy najpierw sprawdzić. Ty tego nie robisz?

-No czasem robię, gdy mi wrzucają taki temat, ale nie wiedziałem że po to.

-I dobrze, im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz. – teraz jego uśmiech wydał się nawet serdeczny

-Chyba jednak wolałbym wiedzieć…

Marek popatrzył na niego z nieukrywanym zdumieniem. Znali się od wielu lat. Często spotykali się jak teraz zaangażowani w to samo zlecenie, lub przez tego samego chlebodawcę. Wydawało mu się że Franek ma podobne zdolności absorbowania informacji co on, że potrafi składać fakty. Tymczasem wygląda na to, że jest zgoła inaczej. Westchnął mimowolnie i z sykiem wypuścił powietrze. Dlaczego zawsze tak jest? Dlaczego właśnie on musi wszystkim otwierać oczy? Dlaczego jeszcze nigdy wcześniej nie pomylił się w swoich osądach? A może? Może teraz się myli? Wiele by za to dał.

-No to myślałeś że po co to robisz? – zaczął najdelikatniej jak mógł, żeby Franek nie poczuł się przypadkiem atakowany – Po co tyle zachodu by ustalić o obiekcie max danych, kim jest? Co robi? Z kim jest? Jak długo? Ile ma wzrostu? Ile waży? Ile ma zębów?

-Nie wiem i nie ważne to jest teraz. To coś mogło mu pomóc i oboje o tym wiemy prawda?

-Nie rozśmieszaj mnie, wierzysz w to?

-Oczywiście, inaczej nie byłoby mnie tutaj.

-To co twoim zdaniem miało mu konkretnie pomóc, co?

-Po podłączeniu wpuściliby mu w krwiobieg to co by tylko zechcieli.

-No, czyli co znawco?

-Nie wiem kurwa co, ale oni wiedzą. Wciąż gadają o tym jakie enzymy co wywołują i za co są w organizmie odpowiedzialne.

-Pewnie pobudziliby jakieś receptory odpowiedzialne za lepsze samopoczucie czy coś takiego. Na tym to chyba kurwa polega?! – mówił coraz bardziej podniesionym tonem – W ten chyba sposób chcieli wpłynąć na jego psychę nie?

-Taa, hormon śmiechu.

-Pytasz mnie bo chcesz znać moje zdanie, czy poużywać sobie za to jak Hass po tobie jeździł? Nie jestem znawcą, ale to nie powód by rozmawiać ze mną z takim sarkazmem. Myślisz że jesteś od niego lepszy? Nie, tak samo jak on nie liczysz się z innymi i ja też gdzieś po części taki jestem. Każdy z nas tkwi w tym z jakiegoś powodu.

-Nie, sorry, masz rację. Głupi żart. Tylko musisz zrozumieć że to nie będzie służyło ludzkości.

-No co ty pleciesz?

-Tak, nie będzie. Przez to cudeńko tacy mili ludzie jak ty czy ja stracą wolną wolę i będą robić wszystko jak awatary w grze komputerowej śmigając tak jak są ukierunkowywani. Jednego dnia będziesz żołnierzem na polu bitwy wciąż pełnym adrenaliny, a innego kochankiem przesyconym pożądaniem i łaknącym wciąż płodzić dzieci.

-Co ty pierdolisz?

-Przejrzyj na oczy. Ten projekt nie przysłuży się ani tobie, ani mnie, ani nikomu podobnemu do nas, w ogóle ludzkości. Ten projekt ma służyć władzy.

-Ale Hass mówił….

-Schowaj sobie między bajki to co on mówił. Pomyśl przez chwilę kiedyś ty możesz to w sobie mieć i wtedy nawet nie będzie ci musiał nic mówić, bo będziesz biegał za nim jak piesek łaknący pochwały, albo małpka fikająca koziołki za cukierka. Zero wolnej woli, wszystko doskonale zaplanowane.

-Ale po co?

-Po co?

-No właśnie po co?

-By zapewnić ciągłość gatunku, większy przyrost populacji, brak dyskusji z poleceniami i rozkazami, brak myślenia i tworzenia, a jedynie odtwarzanie tego co będą chcieli byś robił. Ty, ja i nam podobni.

-Bredzisz!

-Nie wydzieraj się, jeśli chcesz żyć lepiej byś nie chwalił się tą wiedzą.

-A to pewne?

-Według mnie tak.

-Hass ci to powiedział? Skąd to wiesz?

-Nikt nie musiał mi o tym mówić.

-Czyli to tylko twoja teoria?

-To pewniak, choć fakt poskładałem sobie wszystko do kupy i wyciągnąłem wnioski, nikt mi o tym nie mówił.

-z całym szacunkiem dla twojej osoby Marek, ale możesz się mylić.

-Oddałbym niemal wszystko by się mylić, ale zbyt wiele rzeczy składa mi się w logiczną całość.

-Kurwa, nie. Nie może być tak jak mówisz, zbyt jawnie się to odbywa.

Marek strząsnął popiół z ubrania. Wstał i zgasił go w doniczce kwiatka stojącej nieopodal. Podszedł do okna i oparł dłonie na parapecie. Kontynuował wpatrując się w przestrzeń za oknem:

-Bo widzisz ludzie potrzebują nadziei. Hass daje im tą nadzieję, a nie tyle on co władze Państwa. Przecież starają się leczyć ludzi z chorób psychicznych, czegoś co wydawałoby się nieuleczalne.

-A prawa człowieka?

-Oni mają w dupie prawa człowieka, chodzi o to o co zawsze chodzi, o kasę. Ślepy jesteś?

-Nie, zwyczajnie nigdy nie przypisuję w pierwszym rzucie nikomu złej woli. To błąd?

-Poważny. Zważywszy na to czym trudnisz się w życiu, każdy na pierwszy rzut twojego oka powinien w tobie wzbudzać podejrzenia.

-Nie mógłbym spać spokojnie – Franek wyraźnie się rozluźnił i roześmiał radośnie.

Marek odwrócił się w jego stronę i oparł pośladkami o parapet okna. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i przechylając lekko głowę, zmrużył oczy, jakby zastanawiał się czy ta dyskusja ma jakikolwiek sens. Zdziwiło go że Franek nie jest zwykłym robotem wykonującym rozkazy. Że ma uczucia, że jest … tak, jest tak podobny do niego samego. Nie jest im obu obojętne to co ma miejsce. Przez chwilę nawet zastanawiał się czy to co mówi ma sens, bo przecież mógł się mylić. Ale po jaki chuj Hass opuszczał by swój kraj, gdzie z pewnością żyło mu się wyśmienicie i szukał szczęścia w Polsce? Właśnie. Po co tutaj przyjechał? Po kasę. Cały świat już chyba poznał kraj w którym dla pieniędzy człowiek wykończy innego człowieka. Sprzeda własną matkę nie pytając co z nią się stanie. Tylko w kraju gdzie w śmietniku znajdziesz niemowlę, a szczeniaki zawiązane w reklamówce jakiś imbecyl wrzuci do puszki PCK. Tak, tylko tutaj taka operacja ma stuprocentową szansę powodzenia. Dlatego Hass wybrał ten kraj.

-Radzę ci zatem od tej chwili spać z bronią – i on się rozpogodził

Oparł dłonie o parapet i objął palcami jego krawędź, jakby chciał się mimowolnie przytrzymać, w obawie że za chwilę wybuchnie salwą śmiechu która zachwieje jego równowagą i powali na podłogę. Franek wydał mu się bardzo naiwny. Zupełnie jak dziecko we mgle, które trzyma ojca za rękę i ufnie za nim podąża wierząc że rodzic wie dokąd zmierzają i zna drogę. Będąc w branży tyle lat powinien zachowywać więcej rezerwy do tego co robi, owszem, ale czy aż tyle żeby przerodziła się w ignorancję? Wydawał się naprawdę nie zdawać sobie sprawy z powagi sytuacji. A może blefuje? Może to wszystko po to by go sprawdzić? Zacisnął krawędź parapetu, aż niektóre z knykci wydały głuchy trzask przeskakując w stawach. Franek wpatrywał się w niego pytająco, z powątpiewaniem, dociekliwie? Kurwa zaczyna podejrzewać wszystkich o wszystko. Może on sam popada w jakąś paranoję?

-Dobra. Może coś rzeczywiście w tym jest. Jak na spokojnie się zastanowić, możesz mieć rację, choć nie twierdzę że myślę podobnie, zwyczajnie wchodzę w szczegół i staram, się zrozumieć twój tok myślenia. – Franek miał spokojny i cichy głos, zupełnie jak psychiatra drążący temat i pragnący znaleźć potwierdzenie dla swojej diagnozy

Marek spuścił wzrok, a jego uścisk na krawędzi parapetu osłabł. Popada w paranoję. Ten chłopak stara się być miły, rozładować sytuację, a on zaczyna go podejrzewać. Przecież pracowali już razem nie jeden raz, nie zawiódł go nawet w najtrudniejszych momentach. Nawet wtedy w Meksyku, ani na Karaibach, nigdzie. Raz nawet w Paryżu zasłonił go własnym ciałem. Skąd nagle pojawiły się te wątpliwości? Albo jego czujny nos coś faktycznie przewiduje, albo tym razem sprowadzi go na manowce.

-Tak czy inaczej – kontynuował Franek – ciekawy jestem co zamierzasz z tym teraz zrobić? No wiesz, z tą wiedzą, zakładając że jest prawdziwa.

Czy na te słowa czekał? Na to co właśnie padło. Poczuł że cała krew odpływa mu z twarzy, palce kurczowo zacisnęły się ponownie na krawędzi parapetu, szczęki zacisnęły się jak u bulteriera napinając wszystkie mięśnie. Podniósł wzrok i wlepił go w rozmówcę, nie unosząc jednak głowy.

-Marek? Wszystko ok.?

Franek pobladł, a na jego czole pojawiły się niewielkie kropelki potu. Cofnął się o krok.

Najpierw słowa a teraz jeszcze to, czy wystarczająco może go przekonać to co widzi i utwierdzić w przekonaniu że ponownie ma rację? Skoczył do przodu jak gepard podczas ataku i uderzając w kolegę przepchnął go swoim ciałem na koniec pomieszczenia, aby finalnie uderzyć nim o ścianę. Docisnął przedramię do jego szyi, skutecznie uniemożliwiając jakąkolwiek wypowiedź i wręcz podduszając. Ale … Franek nie bronił się, a to burzy wnioski jakie przed chwilą udało mu się wyciągnąć z całej sytuacji. Poluzował uścisk, ale nadal utrzymywał Franka w pozycji która dawała mu nad nim przewagę.

-Po chuj ci ta wiedza?

-Jaka wiedza stary, przecież sam mi to powiedziałeś. Ja cię o nic nie pytałem. To był twój pomysł. Ja nawet … Kurwa prawie się zesrałem. Nie rób tego nigdy więcej.

Nie udawał, był przerażony reakcją Marka. Tak, nie grał przed nim, źrenice miał bardzo powiększone, oczy szeroko otwarte, brwi uniesione, twarz ściągniętą a dłonie uniesione w geście poddania. Bał się, nie udawał. Marek cofnął się o krok. Oddech obojga był płytki i szybki, działali w silnych emocjach.

-Odjebało ci? Weź urlop. Odsuń się od wszelkich spraw. Wyjedź gdzieś, odpuść, nie wiem stary może zrezygnuj z tego zlecenia?

-Wiesz że nie można tak sobie po prostu z czegoś takiego wyjść.

-To doprowadź to do końca i wtedy odpuść. Przecież możesz nie brać nic kolejnego. Kasy masz w bród. Nie czaruj. Jesteś lepszy ode mnie i bardziej rozchwytywany, a skoro ja ją mam, to ty z pewnością masz jej jeszcze więcej.

Może tak? Może Franek ma rację, może powinien odpuścić, chociaż na jakiś czas. Obaj drgnęli. Drwi otworzyły się z łoskotem jak poprzednim razem, co zapewne nie wynikało jednak z pośpiechu wchodzących a z ich delikatnego mechanizmu mocującego.

-Hass? – pierwszy ocknął się Franek

-A kogo się kurwa spodziewaliście? Świętego Mikołaja?!?

Był jeszcze bardziej poirytowany niż wcześniej. Podszedł szybkim krokiem do biurka i oparł się o jego blat. Stał przez chwilę w milczeniu, a oni zerkali to na niego to na siebie nawzajem. Odwrócił się zamaszyście w ich kierunku:

-Dobra panowie, koniec cackaniny. Ty – wskazał na Marka – jedziesz do tej swojej panienki i dopilnowujesz aby teraz, słyszysz kurwa?!? Natychmiast! Zaszczepiła ten jebany chip i chuj mnie obchodzi komu i w jaki sposób?! A ty Franek jedziesz na Balice, za godzinę ląduje Gregor, przywieziesz go niezwłocznie do mnie.

Frankowi szczęka opadła, a Marek zachwiał się niepewnie, jakby złapały go silne zawroty głowy. Gregor? Tego się w tym wypadku w ogóle nie spodziewał. Znał go doskonale. To bezwzględny psychopata, zawsze wzywany w sytuacjach bez wyjścia. Spotkał się z nim zaledwie 3 razy w całym swoim życiu zawodowym i wszystkie trzy razy odchorowywał później miesiącami. Gregor był bezwzględnym mordercą, trudno go nazwać nawet człowiekiem, zachowywał się jak zwierzę na polowaniu. Nigdy nie zatrzymywał się ani na chwilę, ani nie zwalniał. Pędził do celu na oślep, bez względu na to ile musiał położyć po drodze trupów. Jego ofiary nie miały z nim szans. Jeśli ktoś trafiał na listę Gregora mógł już tylko liczyć godziny, koniec był nieuchronny i bliski. Żadne zlecenie nie zajmowało mu dłużej niż tydzień.

-Gregor? – wyrwało się Markowi pod nosem, nie mógł w to uwierzyć, po co aż on?

-Tak! – ryknął Hossam – Bo wy wypierdki nie ogarniacie, a czując nad sobą bat sprężycie się i dostarczycie mi wszystko czego chcę i kiedy tego chcę!

Poczuł że wszystko wokół traci barwy, że oddech staje mu gdzieś w płucach i nie chce wyjść, zupełnie jakby zapomniał o tym jak się oddycha. A więc sprowadza go z ich powodu. Gregor załatwi ich, jeśli oni nie załatwią tego czego chce Hass. Nie. Bądź obiektywny, załatwi nas również jeśli to zrobimy. Zapadł wyrok. Musi natychmiast porozmawiać z Iwi. Musi jej wszystko powiedzieć. Wyznać co czuje i jak jest dla niego ważna, później może już nie mieć okazji. Musi ją przede wszystkim uświadomić że to koniec, że nie ma innego wyjścia jak zrobić to czego tamten oczekuje i uciekać. A może nawet nie robić. Nie marnować czasu. Kurwa ma taki chaos w głowie. Gregor zawsze wywoływał mu ciarki na całym ciele, ale teraz wywołał również totalny zamęt w głowie. Pomieszał wszystkie zmysły, nie czuł nic, nie mógł normalnie oddychać. Zupełnie jakby stracił kontrolę nad całym swoim ciałem.

Wzrok Hassa był lodowaty, nie wyrażał żadnych uczuć, jedynie napięte mięśnie twarzy wskazywały że nie przyjmie żadnego sprzeciwu, ba, nierozsądnym jest nawet zadawanie jakichkolwiek pytań w tej sytuacji. Widział go już kiedyś w takim stanie, przy innej akcji, we Francji. Dokładnie wtedy gdy Franek zasłonił go przed kulą. Wó3)wczas pracowali w Luwrze. Hass dostał intratną propozycję od francuskiego premiera i misja zakończyła się powodzeniem, choć w pewnej chwili jej los stanął pod wielkim znakiem zapytania. Wówczas zupełnie tak samo jak teraz Hass potoczył pianę i odwrócił wszystko do góry nogami, postawił na jedną kartę. A zatem i teraz był pewien swojej wygranej i nie dopuszczał myśli że coś może pójść nie tak. Nie może, ot i co.

Zebrał w sobie całą energię na jaką było go w tej chwili stać. Ruszył szybkim krokiem w stronę drzwi. Gdy przez nie przechodził usłyszał jeszcze kilka słów wypowiedzianych przez Hassa:

-A ty kurwa będziesz tak stał i patrzył na mnie jak na obraz w galerii?!? Rusz dupę, żeby …

Dalszych słów nie był już w stanie posklejać w logiczną całość. Przyspieszył kroku. Po chwili już biegł. Minął windę, świadomie, nie chciał z niej korzystać, musiał ochłonąć, a zbieganie z piętnastego piętra po schodach pozwoli mu na to. Będzie mógł zebrać myśli zanim spotka się z Iwi. Poukłada sobie w głowie co i jak jej powiedzieć, aby zdała sobie sprawę z powagi sytuacji i nie wystraszyła za razem.

Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął komórkę. Nie przerywając biegu wpadł na klatkę schodową i począł przeskakiwać w dół po dwa, trzy schody na raz. Komórka drgała mu niebezpiecznie w dłoni, ale trzymał ją stabilnie. Przeszedł na ekran aplikacji i wybrał lokalizator. Wieliczka, a więc Iwi jest u siebie w lecznicy. Dawno temu zainstalował jej apkę będąc u nich na kolacji. Jej rodzina była jeszcze wówczas w komplecie. Chłopcy byli jeszcze mali. Bał się o nią. Nawet chciał jej przez chwilę o tym powiedzieć, aby dać jej do zrozumienia jak jest dla niego cenna, ile dla niego znaczy, że chce, ba wręcz musi ją chronić. Wystraszył się jednak że mogłaby to zrozumieć, a już na pewno jej mąż mógłby to zrozumieć, z tym że on akurat właściwie zrozumieć. Wyznanie stało się bez sensu, nie przyniosłoby oczekiwanego skutku, dlatego nie zrobił tego. Miał jednak poczucie satysfakcji że zawsze wiedział gdzie była, a że nigdy nie rozstawała się z komórką, miał pewność że w razie potrzeby będzie wiedział gdzie jej szukać.

Wypadł na parking i przesłonił dłonią oczy. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak nikłe było oświetlenie klatki schodowej w porównaniu z dziennym. Do tego jeszcze piękne ale oślepiające słońce. Chwilę potrwało nim zaczął dobrze widzieć. Postąpił krok i poczuł gorąco z tyłu głowy, a później ból, piekący. Obraz zaczął mu się zlewać, a w końcu zniknął w mroku, usłyszał jeszcze głos, znał go, co do tego miał pewność:

-Taki słaby, taki bezużyteczny, taki bezmyślny … - i gwizd w uszach, a po nim cisza, odpłynął w otchłań nicości.

Czytaj więcej

Rozdział 5

Ramzes, tak u diaska wabi się przecież ten pies. Kurwa co jest nie tak? Co źle robi? Wciska te cholerne cyfry i nie może sobie z tym poradzić. 726937, no chyba że jej klawiatura telefonu jest inna, ale to przecież niemożliwe. Nawet numery infolinii często ustawiają tak, by kojarzyło się z jakimś słowem. Do diaska, dlaczego nie ma w komplecie klucza do furtki, tylko jakiś cholerny kod. Nie będzie się przecież wspinać do cholery po ogrodzeniu. Skup się Iwi, skup, powtarzała sobie w myślach. Z domu rozległo się ochrypłe szczekanie.

-Cicho bądź do cholery! – krzyknęła, jakby spodziewała się że to coś pomoże – Nie słyszę własnych myśli.

Szczekanie momentalnie ustało. Zaraz, zaraz jak on mówił, no tak, mówił że imię jej psa i uśmiechał się. Nie ma tu liter więc musiał wciskać cyfry, przecież nie jest jakimś zasranym magikiem. Dlaczego nie patrzyła mu na ręce? Cholera, teraz byłaby już w domu, a tak sterczy pod własną bramą. Wybuchła śmiechem. No właśnie, pod właaasną bramą, jasny gwint jak to fajnie brzmi. Ma wielki dom i nie może się do niego dostać, bo nie pamięta cholernego hasła, choć ma wskazówkę, a to zezowate draństwo szczeka tam w środku na potęgę. Głupi kundel, mógłby otworzyć zamiast ujadać.

-Chwila! – zakrzyknęła – Zezowate draństwo? Powiadasz Iwonko?

Sama nie wiedziała dlaczego ale mówienie do siebie samej często ją rozluźniało. Pozwalało spojrzeć na pewne sprawy z perspektywy i prowadziło do konstruktywnych wniosków.

-Ok., spróbujmy inaczej – syknęła pod nosem i kolejno wbiła ponownie tą samą kombinację cyfr zastępując ostatnią, cyfrą dziewięć. Zamek szczęknął i furtka odskoczyła w bok.

-No jasne! Dlaczego ja go kojarzyłam z faraonem? – śmiała się teraz do siebie kompletnie rozbawiona – Żaden tam Ramzes, on wabi się RamZEZ, bo ma zeza, dobre Iwi, niezłe, przeszłaś samą siebie. Nie chcę nawet wnikać co oznacza to RAM.

Ruszyła szybkim krokiem w kierunku domu, w połowie drogi zatrzymała się jednak zaniepokojona, ale gdy się odwróciła zauważyła że hałas jaki właśnie usłyszała to jedynie zamykająca się za nią z delikatnym stuknięciem furtka. Pod drzwiami ponownie się zatrzymała i uśmiechnęła na widok analogicznego panelu. Już z pewną wprawą i nieukrywaną radością z powodu swojej błyskotliwości, wprowadziła sześć cyfr. Weszła ostrożnie do wnętrza domu. Przez pewien moment można by powiedzieć, że się skrada, zupełnie jakby nie była u siebie i obawiała się zastać kogoś z lokatorów. Stanęła w holu i przez chwilę zastanawiała się dokąd powinna pójść. Gdzie mogła położyć te dokumenty? Nie przypominała sobie aby przeglądała cokolwiek przed snem, więc chyba raczej nie będzie ich w sypialni. Z drugiej strony trudno się dziwić, że ich nie czytała minionego wieczora. Po pierwsze miała nieplanowaną imprezkę z gejami, po drugie nie miała pojęcia, że gdzieś w domu leżą takie dokumenty, a po trzecie nawet gdyby na nie natrafiła, to raczej nie spodziewałaby się, że ma je przeczytać, pewnie wyszłaby z założenia, że skoro leżą to ma tak być.

Pies mimo swojego wieku kręcił się jej przy nogach z zapamiętaniem prychając i łasząc się jak szczenię zadowolony, że Pani jest w domu. Jego pysk był lekko rozchylony, a spomiędzy ledwo widocznych zębów startych od starości wyzierał różowy koniuszek języka. No radość pełną gębą. Odsunęła go delikatnie napierając na jego ciało udem. No dobrze, zatem musiała teraz znaleźć w domu dokumenty stanowiące o zdrowiu hipopotama, pewnie będą opatrzone jakimś logo jej lecznicy, a może będą w teczce z symbolem, albo napisem „ZOO”. Nie, to by było stanowczo zbyt łatwe. Hmm nie zna nawet całej konstrukcji domu, nie miała okazji go obejść, dobrze zatem zaczniemy od tego.

Miała już okazję poznać lokalizację salonu i kuchni, pamiętała również, że sypialnia jest na górze, a do niej prowadzą schody z prawej strony, zatem co jest po lewej stronie domu? Ruszyła w tamtym kierunku, który tonął w lekkim półmroku, pewnie musi tam być jakieś pomieszczenie oddzielone od przedpokoju drzwiami, inaczej sączyłoby się tutaj światło padające podobnie jak z salonu. Z miną detektywa rozwiązującego zagadkę przyspieszyła kroku, a pies powłóczyście szurając łapami poszedł w jej ślady. Tak, są drzwi. Położyła dłoń na klamce, nacisnęła i lekko pchnęła przed siebie cofając natychmiast dłoń zupełnie jakby spodziewała się, iż musi mieć obie w pogotowiu by się bronić.

Tak jak zakładała strumień światła błysnął momentalnie w jej kierunku. Weszła do wnętrza pomieszczenia. Z prawej strony znajdował się regał z książkami wypełniający całość ściany. To pewnie ściana granicząca z salonem. Na wprost zaś znajdowało się mnóstwo zieleni. Kwiaty doniczkowe różnej maści poukładane idealnie jeden obok drugiego na niewysokim podeście, niemal zalesiając całość ściany. Większość jak zauważyła to cytrusy i palmy, istna tajga w pokoju. Niemal tuż pod sufitem rząd wąskich okien, dzięki którym wpadające światło dzienne idealnie muskało lustrzany sufit i doświetlało wnętrze pomieszczenia. To musiał być jej pokój pracy, tudzież gabinet jak to się mówi. Uśmiechnęła się pod nosem. No tak w takim pomieszczeniu przyjemnie jest pracować, zieleń, dużo światłą, fajnie to sobie zaplanowała. A może nie ona? Może jakiś architekt? Bez znaczenia i tak efekt jest powalający.

Lewą stronę gabinetu przesłaniała zasłona z pięknym motywem galopujących koni w jesiennym lesie. Zasłona miała iluminację w 3 D. Przed materiałem idealnie wypolerowane stało potężne biurko, a zaledwie o jakiś metr od niego na ścianie wejściowej kolejny regał, ale ten zapełniony segregatorami z dokumentacją. To pewnie tam znajdzie to, czego szuka. Obeszła biurko dookoła i wiedziona ciekawością zajrzała za kurtynę 3 D. Wciągnęła z zachwytem powietrze i szybkim ruchem odgarnęła ją na bok. Za nią skrywało się tarasowe przejście na dwór. Piękny widok nie ma co. Z pod niewielkiego wylanego i wyłożonego gresem tarasu rozciągała się wielka przestrzeń, w tej chwili gdzieniegdzie spowita śniegiem. Po bokach rosły lekko kołyszące się na wietrze tuje. Piękne, równe rzędy rozchodziły się na prawo i lewo, przy czym z prawej strony widoczny był lekki otwór w tym naturalnie stworzonym płocie, zupełnie jakby stanowił przejście gdzieś dalej. W głębi śnieżnej polany majaczył niski budynek, a po polanie hasały konie, tak, ma własne konie. Już sięgała dłonią do klamki by wyjść na zewnątrz, gdy spośród tuj wyłonił się rosły mężczyzna kroczący dziarskim krokiem właśnie w jej kierunku. Patrzył się pewnym wzrokiem prosto w jej oczy. Pochmurną twarz znaczyły liczne blizny. Przerażona odskoczyła wpadając na biurko, ale nie odrywając ani na chwilę wzroku od mężczyzny, który teraz już prawie biegł.

W strachu spojrzała na klamkę, to idealnie gładka okrągła gałka i liczyła w duchu że drzwi są zamknięte. Przeskoczyła wzrokiem na niewielki panel tuż obok nich, ta sama klawiatura co przy furtce i drzwiach, uff, są zabezpieczone, jest bezpieczna. Mężczyzna dopadł do ściany tuż obok drzwi, pewnie i z tamtej strony był panel. Usłyszała cztery dźwięki wpisywanych cyfr i drzwi odskoczyły do wewnątrz wpuszczając powiew chłodu, a tuż za nim mężczyznę.

-Iwi? Wszystko w porządku? – dopadł do niej i przytulił mocno do piersi z hukiem odtrącając fotel na kółkach i potykając się przy tym o chodnik rozłożony pod nim z pewnością po to, by koła nie rysowały podłogi

Była tak zaskoczona sytuacją, że nie mogła wydusić z siebie ani słowa, a jej oddech stawał się z przerażenia coraz płytszy. Musiała go znać, zwracał się do niej po imieniu i … z całą pewnością nie chciał jej skrzywdzić. Oparła bezwiednie brodę na jego szerokim ramieniu zniewolona w niedźwiedzim uścisku. I w ułamku sekundy dotarło do niej, że nie są sami. Tuż za nim stała wątła kobieta.

-Iwi do jasnej cholery przeraziłaś nas nie na żarty. Ja rozumiem praca i praca, ale całe szczęście że Rafał namówił Cię byś ustawiła nam kod dostępu, Ramzez ujadał jak szalony. Na szczęście byliśmy z rana u koni i wypuściliśmy go na dwór. Później nie dziw się że masz kupę smrodu jak wracasz, bo to tylko pies, musi się gdzieś załatwić. – kobieta wyrzucała z siebie słowa niczym serię z automatu – Gdzieś ty była cały dzień? Wpadłabym tutaj chętnie z awanturą, ale Rafka mnie powstrzymał bo widział, że nie jesteś sama. Wreszcie – w tym momencie rozpogodziła się, a jej spojrzenie wypełniła wielka troska – Wreszcie z kimś się spotykasz.

Rafał dopiero teraz zwolnił uścisk, a jego miejsce zajęła kobieta, której oczy teraz wypełniły się łzami. Uścisk był wprawdzie lżejszy, ale i trwał równie długo.

-Co się stało, że dziś tak wcześnie wróciłaś? Zagadnął przekornie mężczyzna

-Musiałam przyjechać po dokumenty – wyraźnie zaczynała się rozluźniać

-No tak, a my z Mimi pomyśleliśmy że dziś wcześniej skończyłaś i że uda nam się spędzić trochę czasu razem. Lekarz twierdzi, że ciąża nie jest już zagrożona i, że wreszcie może wychodzić z domu. Może wspólna kolacja? U nas?

-Nawet nie próbuj się wykręcać – kobieta odsunęła się od niej na odległość około pół metra i pogroziła niewiarygodnie kościstym palcem.

-Nie zrobisz nam tego, zwodziłaś Marzenkę od tygodni – przygarnął kobietę ramieniem i ucałował serdecznie w czoło.

-Ok – sama nie wiedząc czemu zgodziła się i z przekonaniem większym niż się tego po sobie spodziewała pokiwała twierdząco głową – Ale dziś mam trudny dzień, wielu pacjentów, pewnie wrócę późno.

-Nie ma problemu! – krzyknęła uradowana Marzena skacząc z radości jak dziecko i chwyciwszy Rafała za rękę pociągnęła w stronę wyjścia – Idziemy, bo później będzie się tłumaczyć że przez nas to tyle trwało.

-Do zobaczenia na kolacji – rzucił mężczyzna – Aaa, musimy pogadać, musisz więcej czasu spędzać z Jetem, akceptuje tylko ciebie, nawet ja nie ogarniam jego umysłu, zaczyna dziczeć gdy długo cię nie widzi. Albo zatem regularne przejażdżki, albo kastracja bo rozniesie ci tą stajnię.

Opadła ciężko na biurko na dźwięk zamykanych drzwi. Kolacja? Tylko gdzie? No dobra będzie się martwić po powrocie z pracy. Teraz dokumenty. Pochwyciła dłonią ramię fotela próbując go na powrót dosunąć do biurka, tak by uzyskać dostęp do regału z segregatorami. Chodnik, o który potknął się Rafał stawił jednak opór, nienaturalnie podwinięty w stronę biurka. Spojrzała w tym kierunku. Na deskach podłogi zauważyła szczelinę. Równiutką i idealnie prostą. Pchnęła fotel dalej w stronę regału z segregatorami i przykucnąwszy odgarnęła chodnik jeszcze bardziej. Tak, teraz już była pewna, to jakiś właz idealnie wkomponowany w podłogę gabinetu. Spojrzała niepewnie przez okno tarasowe i zamaszystym ruchem na powrót zasunęła kotarę. Galopujące konie falowały przez chwilę do złudzenia przypominając zwierzęta pędzące w naturze pod wpływem tego ruchu. Przyjrzała się uważnie krawędziom włazu i dostrzegła pleciony, rzemykowy łańcuszek. Podniosła się i w pośpiechu na biurku odnalazła nóż do kopert w kształcie miecza z fontanną neptuna na przegubie. To z pewnością jakaś pamiątka z Gdańska, ciekawe od kogo go otrzymała, a może sama nabyła, to jednak kosztowny upominek sadząc po jego ciężarze i jakości wykonania.

-Ooo! – zakrzyknęła – mam cię

Na biurku leżała teczka z naklejoną żółtą karteczką samoprzylepną na której widniał napis „Dokumentacja Hippo z ZOO – dla Iwonki”. Dobrze, że już to ma, ale teraz musi koniecznie sprawdzić coś innego. Przykucnęła na powrót i z jednej ze szczelin wyciągnęła rzemień, podważając go ostrożnie nożem do kopert, który w nieładzie rzuciła następnie na biurko.

Pociągnęła ostrożnie za rzemykowy łańcuszek i wbrew oporowi którego się spodziewała z łatwością podniosła klapę włazu. Wnętrze ziało ciemnością, ale oświetlenie z gabinetu było wystarczające by dostrzec schody prowadzące w głąb pomieszczenia. Przez chwilę zawahała się rozmyślając jak to możliwe, skoro nie zauważyła by dom był postawiony na wysokości, nie prowadziły do niego żadne schody. Otwór włazu nie był duży, osoba pokroju Rafała miałaby poważny problem by się tam zmieścić. Ruszyła w dół schodami. Przy którymś z kolei musiała się już odchylać ku tyłowi by nie zawadzić o poziom podłogi. Sięgnęła odruchowo do torebki, ale musiała ją zapewne pozostawić w aucie lub przy drzwiach bo teraz odnotowała jej brak przy sobie. Trudno, nie ma czasu by się wracać, zdecydowała by podążać dalej. Szukała ostrożnie dłońmi po bokach, ale nie natrafiła na żadną ścianę, zamiast tego odnotowała kilka desek przed sobą i brak możliwości kontynuowania drogi do przodu. Namacała butem ostrożnie krawędź schodka z lewej strony i jak się zorientowała schody teraz zakręcały właśnie w lewą stronę. Odwróciła się w tym kierunku i zerknęła w górę na światło padające z gabinetu. Stanowiło już tylko bladą poświatę, a ona stała teraz w kompletnym mroku. Stąpnęła przed siebie ostrożnie sprawdzając stopami grunt i pokonała kilka kolejnych schodów w dół. W górze usłyszała łoskot opadającej klapy w podłodze gabinetu, a przestrzeń wokół niej rozbłysła światłem. To zapewne musiała być jakiś czujnik ruchu.

Jej oczom ukazał się niesamowity widok. Całe pomieszczenie było ogromne i miała wrażenie ba, niemal pewność, że rozciąga się pod całym domem, a może i nawet dalej. Z lewej strony z łatwością zauważyła potężne, stalowe drzwi, ale teraz nie była do końca pewna czy chce sprawdzić dokąd prowadzą. Po prawej stronie rozciągały się rzędy szaf w szufladami, do złudzenia przypominające szafy ze szpitalnej rejestracji w których umieszcza się dokumentację pacjentów i ich karty chorób. Na wprost schodów, na których w tej chwili stała widniało potężne stalowe biurko, niby miejsce pracy, a jednocześnie stół operacyjny, ciężko to było w tej chwili oszacować. Za nim na całej przestrzeni, której w tej chwili nie była w stanie ogarnąć wzrokiem w całości przez zasłaniające rzędy szaf, rozciągał się regał z gablotami w których eksponowane były jakieś fragmenty kości. Ich budowa była zarówno zwierzęca, jak i … ludzka. Oczy otworzyły jej się jeszcze szerzej ze zdziwienia. Podeszła w ich kierunku by upewnić się czy wzrok jej nie myli. Nie. To prawda. Część eksponatów to z całkowitą pewnością ludzkie kości. Cóż pozostawało jej jedynie wyobrażenie że to imitacja, a sama myśl o tym że mogło być jednak inaczej powodowała podniesienie się kwasów żołądkowych do gardła i silne pieczenie w krtani.

Przełknęła ślinę i odwróciła się w kierunku, z którego przyszła. Cała przestrzeń na wprost niej pokryta była tablicami. Część z nich magnetyczna, część korkowa, a część tekstylna. Podeszła bliżej by przyjrzeć się ich zawartości. Wszystkie pokryte były zapisami. Magnetyczna zawierała masę wzorów i obliczeń, często skreślanych, podkreślanych i w różnych kolorach, łączonych ze sobą przy pomocy narysowanych strzałek. Na korkowych widniały wydruki map z zamieszczonymi pinezkami w kształcie flag, które z kolei połączone były w grupy przy pomocy nitek. Zarówno pinezki jak i nici były w grupach jednokolorowych, co zapewne miało jakieś znaczenie. Najwięcej wycinków map pochodziło z Pomorza. Niemal całe wybrzeże Polski poszatkowane na mniejsze fragmenty i rozbite na konkretne miejscowości. Ustka, Gąski, Sopot, Sarbinowo, Łeba, Chałupy i wiele innych. Wycinki obrazowały fragmenty map administracyjnych, ale również ujęcia konkretnych ulic, czy miejsc. W niektórych przypadkach dołączone były również zdjęcia zarówno miejsc jak i osób. Mężczyźni, kobiety, dzieci w różnych sytuacjach z życia codziennego. Idący ulicą, kucający i wiążący sznurowadło, pchający wózek na zakupach, czy wsiadający do samochodu.

Tablice tekstylne pokryte były wycinkami z gazet, przy których doczepione zostały samoprzylepne karteczki różnego koloru i wielkości z notatkami. Po stylu pisma szybko zorientowała się, że większość z nich to jej zapiski, ale były i takie, które z pewnością pisał ktoś inny, w dodatku nie tylko jedna osoba. Na wycinkach z gazet nakreślone zostały okręgi ujmujące w sobie jakiś konkretny zapis z wycinka. Przy niektórych z nich widniały oznaczenia cyframi rzymskimi, a przy innych arabskimi, często powielane na wzorzec podpunktów szeroko spotykanych w różnych artykułach.

Przebiegała wzrokiem przez wszystko, co rozciągało się przed nią na wielkich tablicach pokrywających praktycznie całą ścianę, pod koniec której zauważyła pojemniki na kształt kontenerów, czy też klatek dla zwierząt. Już miała ruszyć w tamtym kierunku by upewnić się co w nich znajdzie, gdy jej wzrok spoczął na jednym ze zdjęć na tablicy. W ułamku sekundy poczuła jak całą krew odpływa jej z twarzy, a w uszach usłyszała gwizd. Wzrok odmówił posłuszeństwa i spowijała go w tej chwili mgła. To on! Tak, to ten mężczyzna którego minionego wieczora operowała w szpitalu w Krakowie. Nie. Z pewnością się nie myli, to ta twarz. To ten, który wczoraj zakończył swój żywot pod jej skalpelem. Ledwo przytomna rzuciła się bliżej w kierunku zdjęcia opierając dłonie po jego obu stronach i nerwowo poszukując zapisków dotyczących tej osoby. Prowadzona kilkoma dodatkowymi oznaczeniami odnalazła wycinek z gazety:

„Policja rozbiła kolejny gang szmuglujący skradzione towary polskimi rzekami na Ukrainę. W akcji straciło życie wielu zasłużonych oficerów policji. Dwóch trafiło ciężko rannych do szpitala w Gdańsku. Jeden z nich Norbert K. w stanie krytycznym został przewieziony do kliniki specjalistycznej w Krakowie, gdzie lekarze międzynarodowej sławy zrekonstruują jego staw kolanowy pogruchotany pociskiem rozrywającym wykorzystanym przez przestępców podczas akcji. Krakowscy specjaliści szacują rekonstrukcję stawu do 98%, o ile pacjent dożyje do zabiegu z racji silnych wewnętrznych obrażeń.”

Dlaczego to zrobiła? Dlaczego operowała go w takim stanie, skoro miał wewnętrzne obrażenia? Dlaczego nie czekała jak wyzdrowieje? Poza tym, co ona weterynarz może wiedzieć o takich operacjach? Spojrzała w kierunku klatek, gdzie chciała się wcześniej udać. Ruszyła w ich stronę, powoli odzyskując panowanie nad swoimi zmysłami.

Z ulgą odnotowała, że są puste, gdy dotarła na miejsce. Rzędy szaf z szufladami kończyły się w tym miejscu, a na ścianie która zamykała tutaj pomieszczenie stała wielka gablota z wyróżnieniami, dyplomami, certyfikatami i pucharami. Wszędzie jej nazwisko, wyróżnienia zarówno w zakresie weterynarii, jak i innych obszarach medycyny, w tym chirurgii i neurochirurgii, a także psychiatrii. Część z nich polskojęzyczna, część rosyjska, angielska, a nawet hiszpańska. O co tu chodzi? Siedem lat aż tak wywróciło jej życie do góry nogami? To pomieszczenie otworzyło jej oczy na fakt, że zdecydowanie nie jest tą Iwoną, którą znała. Zmieniła się, ale czy na lepsze? Fakt ma pewnie wszystko o czym marzyła w sensie materialnym. Straciła rodzinę i poświeciła się pracy. Ale to chyba nie jest możliwe by w tak krótkim czasie, kilku zaledwie lat legalnie osiągnąć tyle tytułów i uprawnień. Drzwi. Tak, musi sprawdzić dokąd prowadzą. Jeśli ma się czegoś jeszcze fatalniejszego o sobie dowiedzieć, to niech to będzie ten moment.

Ruszyła dziarskim krokiem w kierunku metalowych drzwi, które wcześniej zauważyła po wejściu do pomieszczenia. Gdy do nich dotarła, zauważyła znajomy panel z cyframi. Wprowadziła ponownie zapamiętany już kod i drzwi puściły. Postąpiła krok naprzód w głąb korytarza, a te z lekkim sykiem zasunęły się tuż za jej plecami. Tunel zaś rozbłysnął jasnym światłem. Cóż, z pewnością ponownie miała do czynienia z jakimiś czujnikami ruchu.

Korytarz był szeroki, mniej więcej jak tunel kolejowy, w jej odczuciu śmiało mógł tędy przejeżdżać pociąg. Jednak posadzka była wyłożona terakotą i brak było tutaj jakichkolwiek śladów torów kolejowych. Ściany były wilgotne, pokryte szczególnie u wzniesienia rosą, a gdzieniegdzie na posadzce mieniły się niewielkie skupiska wody, która zapewne skraplała się na sklepieniu. Szła dziarskim krokiem dłuższą chwilę, a w miarę jak się przemieszczała rozbłyskało kolejne oświetlenie ukazując kolejną partię tunelu, którym zmierzała. Mniej więcej w tym samym czasie gasło światło we fragmencie korytarza, który już miała za sobą. Ktoś widać dość dobrze to wszystko rozplanował i wyliczył, lub obmyślił, aby oświetlenie przemieszczało się wraz z przemierzającym korytarz.

Po dość długiej chwili dotarła do kolejnych metalowych drzwi. Wpisała kod na klawiaturze tuż przy nich, a one odsunęły się błyskawicznie na bok. Weszła do kolejnego mrocznego pomieszczenia, tu jednak było znaczeni zimniej niż w poprzednim. Światło momentalnie rozbłysło, zgodnie z tym co w obliczu doznań z poprzednich chwil spodziewała się zastać. Wnętrze pomieszczenia było mniejsze niż tego poprzedniego i było jeszcze bardziej surowe. Tutaj jednak zastała przedmioty, które doskonale znała z życia i pracy weterynarza. Chwilę się rozglądała, ale miała już praktycznie całkowitą pewność, że to sala operacyjna dla dużych zwierząt, z pewnością nie ludzi, gdyż nawet narzędzia nie miały nic wspólnego z człowiekiem, a ściany pokrywały ilustracje anatomiczne zwierząt gospodarczych jak krowa, koń, świnia itp. Na końcu pomieszczenia znalazła kolejne drzwi, bardzo szerokie. Ponownie wpisała kod dostępu, a drzwi zgodnie z tym czego się spodziewała odsunęły się odsłaniając prostokątne wnętrze przypominające boks dla konia.

Weszła do wnętrza, a drzwi natychmiast się za nią zasunęły. W ułamku sekundy dotarło do niej gdzie się znajduje. Tuż obok niej rozbłysnął niewielki panel a na nim lampka z zieloną strzałką w górę. Podłoga drgnęła, a Iwona poczuła nieznaczne szarpnięcie w żołądku, zupełnie takie jakie z reguły odczuwa się w windzie. Tak, miała już pewność, że to winda, ale nie podróżowała nią z byt długo. Po chwili zatrzymała się, a przestrzeń za jej plecami ponownie się otworzyła. Ku swemu zdziwieniu stwierdziła, że jest w stajni. Po obu stronach rozciągały się boksy, a w powietrzu unosił się znajomy zapach koni. Weszła do wnętrza pomieszczenia, które było chłodne, ale stanowczo cieplejsze niż wskazywała na to temperatura powietrza na dworze, co świadczyło o fakcie, że z pewnością było ogrzewane. Drzwi winy zasunęły się za nią, a gdy się obejrzała nigdzie nie dostrzegła żadnego panelu, zupełnie jakby tutaj właśnie kończyła się stajnia i nic za nią nie było. Na boksach zamieszczone były tabliczki z pojedynczymi wyrazami. Szła wzdłuż stajni czytając kolejno ciekawe nazwy: „Antares”, „Ajax”, „Wenus”, „Obelix”, „Jet”… I tutaj zatrzymała się na chwilę. To ten ogier o którym wspominał Rafał. Koń obrócił się w jej stronę i począł delikatnie rżeć, zupełnie jak mruczący z radości kot, że ktoś się w nim wreszcie zainteresował. Podszedł do drzwi boksu i dotknął chrapami metalowych prętów. Iwi ostrożnie wsunęła między nimi dłoń do wnętrza boksu i delikatnie pogładziła miękkie chrapy konia. Musiał być wniebowzięty bo wciskał chrapy między pręty szukając jak najwięcej ciepła jej dłoni. Uśmiechnęła się i poczuła nareszcie odprężona. W tym otoczeniu czuła się bezpiecznie, swojsko, zupełnie jak dawniej. Przyjemny chłód, ciepło końskich chrap, dźwięk parskania i kopyt z okolicznych innych boksów i intensywny zapach siana, to wszystko było jak balsam dla jej duszy. Wyciągnęła bolec zabezpieczający z bramki boksu i odsunęła ją na bok. Pomyślała, że to czego by najbardziej teraz chciała to znaleźć się na grzbiecie konia i pomknąć hen daleko nie oglądając się za siebie. Jet przecisnął się koło niej i obszedł dookoła, po czym schylił łeb jakby chciał sięgnąć po źdźbło trawy i nawet się nie obejrzała jak jego psyk, a następnie szyja i kark znalazły się między jej udami, a ona niezdarnie chwytając się grzywy konia starała się utrzymać na nim równowagę. Jet ruszył jak oszalały wzdłuż boksów, a gdy już był zaledwie na dwa, trzy metry przed ścianą, ta rozsunęła się i wypadł z Iwoną na grzbiecie na zaśnieżoną polanę. Pędził jak oszalały, a Iwi z ledwością chwytała partie powietrza, które zatykały ją chłodem i gwałtownością wdarcia do krtani.

Stój, niech on się zatrzyma – pomyślała, a Jet łagodnie zwolnił i stanął jak na zawołanie.

-To niemożliwe – szepnęła, a z jej ust wyrwał się kłębuszek pary – Nieprawdopodobne, chociaż czekaj, no dobrze spróbujmy.

Idź – pomyślała, a Jet drgnął i ruszył wolno przed siebie. Skręć w prawo - rzuciła banalnie w myślach, a koń spokojnie zareagował jak na komendę skręcając w pożądanym kierunku. Zarżyj – pomyślała mrużąc z ciekawości oczy, a ten i tym razem wykonał polecenie. Zeskoczyła zwinnym ruchem z jego grzbietu, a ten stanął w oczekiwaniu na kolejne komendy. Odsunęła się od niego na krok w tył i bacznie lustrowała jego postać w świetle dziennego dnia. Miał piękną czarną, lśniącą sierść i gdyby nie blizna na przegubie przedniej kończyny, byłby nieskazitelnie piękny. Przykucnęła i powiodła palcem wzdłuż pamiątki najwyraźniej po jakimś zabiegu. Blizna była wąska i charakterystyczna, gdzieś już taką widziała. Dwie linie, pionowa i pozioma, przecinające się równiutko w połowie.

-O kurwa! – okrzyk wyrwał jej się zanim zdążyła nad nim zapanować

Koń parsknął niecierpliwie, a ona usiadła bezwiednie odchylając się w tył. Podwinęła rękaw na nadgarstku i uniosła go wyżej by zestawić z blizną na stawie konia. Ten sam, choć nieco innych rozmiarów, lecz taki sam krzyż. Blizny są identyczne.

Czytaj więcej