"Bo jeśli ten co za swój cel obrał zadanie nam potwornego bólu. Ten co nas ścigał niestrudzenie, jakby nic na świecie bardziej się dla niego nie liczyło. Jeśli wreszcie ma poczucie, że dopiął swego, że nas ma w garści. Czy potrafi przestać? Czy da chwilę spokoju? Czy pozwoli zebrać siły w mroku nocy? Czy pogodzi się z tym, że przecież dopiął swego i to co planował wobec nas będzie miało miejsce, wystarczy tylko cierpliwie poczekać? Czy zaczeka? Czy wytrzyma do rana? Pozwoli nam cieszyć się ostatnim momentem życia? Pozwoli w spokoju zebrać siły i mentalnie pozbierać się nam do kupy? Pozwoli kontemplować spokojnie choć w tragicznych warunkach nasz wewnętrzny i zewnętrzny ból? Nie, pewnym jest, że nie. Bo tak już jest skonstruowana ludzka zawiść i upór. Tak bardzo zakorzeniła się w człowieku potrzeba zemsty, choćby za nic. Tak bardzo puszczają hamulce, gdy już coś jest, jak chcieliśmy, że nie czujemy momentu, w którym należy powiedzieć dość, wystarczy, przecież i tak wydarzy się nieuniknione. To jak axiomat, pewnik, że nie zaznamy ukojenia i nie nasycimy się sukcesem, ale będziemy go drążyć, czerpać dziką satysfakcję, że wreszcie jest po naszemu, że wreszcie ten drugi cierpi. O przewrotny losie, o bezwzględne życie, tak ludzcy, że nawet zwierzęta wiedzą lepiej, kiedy odpuścić, kiedy przeciwnik jest pokonany i nie zagraża. Bardziej brudni niż najpotworniejszy drapieżnik. Bardziej agresywni niż najzajadlejszy wilk. Bardziej brutalni niż atakujący rekin. Taki potrafi być tylko człowiek."

 

fragment

Prawda o temacie tabu, o czymś, co wydaje się być pewne, ale pozbawione było świadków.

To najprawdziwszy test naszej wiary!!!

Posmakuj w "AXIOMA" ...

PROLOG

Na wysokości przeszło tysiąca metrów, w lekkim blasku przyciemnionego oświetlenia samolotu, z łuną światła słonecznego wkradającego się przez niewielkie okna boeinga 747 w miejscu, gdzie świat wydaje się być całkiem inny, odmienny, piękny. Tam, gdzie nie sięga obłuda, zawiść, pożądanie i pycha. Między kolejnymi warstwami puszystych obłoków, smugami mgły znaczącymi kolejne piętra niebezpiecznych odmętów mroźnej bardziej niż w najmroźniejszym punkcie na Antarktydzie temperatur. Gdzie skala Celsjusza już dawno na standardowym termometrze osiąga granice i przekracza minus sześćdziesiąt cztery stopnie. Kończy się zwykłe pojęcie materii. Finalizuje pojęcie ludzkiego umysłu. Otwiera się przed ludzkimi oczyma świat nieznany, niepojęty, nieludzko piękny, nadzwyczajny. Z tego poziomu nie widać już ludzi, często domów, a czasem wioseczek. Już tylko wielkie miasta jest w stanie zlokalizować na tym pułapie ludzkie oko. Tutaj nie widać już trosk, biedy, tragedii jaka rozgrywa się na ziemi. Z tej wysokości człowiek nie pomoże drugiemu, nie jest w stanie ogarnąć jego pragnień, bólu, potrzeby wsparcia. Tu zaczyna się już całkiem inny, odmienny wymiar pojęcia, czasu i działań.

Niewielu jest w stanie to ogarnąć i docenić. Większość z nas w takich chwilach podświadomie czuje się zbyt mała, a wielki zachwyt pod wpływem chwili, szybko przechodzi w przyzwyczajenie i koncentruje się, mimo iż na takiej wysokości, na przyziemności swoich spraw. Laptop, komórka, książka, lub cokolwiek innego, płynnie przejmuje kontrolę nad prostym i łatwym w obsłudze umysłem, zakodowanym by brać, nie dawać.

W tym miejscu do głosu dojść może wyłącznie, serce, potrzeba duszy, rwąca tęsknota za doskwierającym brakiem poczucia szczęścia, stabilności, jestestwa, potrzeba wielkiej miłości. Bo tylko miłość tutaj jest w stanie odczytać piękno i dramatyzm tego miejsca i tego czasu. Niepojęty bezmiar uczucia, w którym tak łatwo się zatracić i którego ogrom jest w stanie przygasić człowieka i doprowadzić go do bezdechu potrzeb. Tylko tu odczujemy dramatyzm chwili. Poczucie nostalgii, wielkości i bezmiaru jaki nas otacza. Tęsknota serca w tym miejscu staje się przytłaczająca, przerasta nas ludzi w ogromie swej łaski. Miłość … czymże jest?

Cóż to za bezimienne uczucie, które pcha nas co rusz do nowych odkryć? Cóż to za stan, który nie pozwala na logiczne składanie myśli? Dlaczego jest tak wielkie, że aż potrafi przerazić? Tylko tu jesteśmy w stanie zdać sobie sprawę, że jest ono nie tylko płytkim związkiem chemicznym łączącym ludzi. Bez względu na to, czy to miłość partnerów, rodzeństwa, czy macierzyńska, wydaje się wyłącznie namiastką tego czym faktycznie ona jest. Odczuwalna tylko w takim miejscu. Bezgranicznie głęboka, piękna i za razem napawająca trwogą, groźna i bezwzględnie obezwładniająca. Piękno barw, załamującego się światła, bezkresu doznań i miliardów myśli na sekundę.

Miejsce ciche, bezkresne, bez skazy. Przecinane od czasu do czasu ognistą strzałą, metalową bryłą, która tnie ostro jak nóż. Dziwne uczucie pustki, frustracji, czy może raczej wewnętrznej rozterki, jakby tęsknoty lub żalu, trudno powiedzieć. Myśli na tej wysokości tak łatwo przychodzą do głowy, tak pięknie nabierają wyrazu. Tyle obietnic łatwo podjąć w tych warunkach, postanowień i zobowiązań. Czując respekt do tego wszystkiego co otacza, tej bezkresnej pustki, tej bezgranicznej ciszy emanującej gotowością do pragnień, tak pragnień, marzeń, życia. Tak daleko od frustracji codzienności, odcięci od problemów dnia powszedniego, wysoko, ponad tym wszystkim dostrzegamy wreszcie jak to wszystko jest maleńkie, jakie marne i nic nie znaczące. To tak, jak z osiągnięciem celu, gdy już go mamy przestaje być atrakcyjny i wcale nas nie raduje. Szukamy nowych wyzwań, poszukujemy inspiracji do działania, które często szybko nie przychodzą. Tu by przyszły. Ale nie można wisieć w przestrzeni przez lata, to niewykonalne nawet w skali dni, a jednak tak boleśnie potrzebne. To ten moment, tu widzę czego tak naprawdę mi brak. Bo życie ziemskie nie da nam wszystkiego.

Wydaje nam się każdego dnia, że kochamy, staramy się, dbamy i tak dalej. Nic bardziej mylnego … Chcesz poznać miłość? Wzbij się w przestworza i spojrzyj na świat oczyma Stwórcy. Popatrz jak on na to co mamy, powinniśmy mieć i planujemy. Jak bardzo te pragnienia są na ziemi ograniczone, jak mało wykorzystują wszechobecną w was kreatywność, pomysłowość. Jak dalece nas ziemskość ogranicza i podcina skrzydła. Jak niewiele możemy osiągnąć związani ponętami codziennego życia. Gdyby się tak na chwilę zadumać nad tym jak wiele można by osiągnąć, gdyby nie te wszystkie ograniczenia, z pewnością doszlibyśmy do jednego wniosku. Ograniczenie jest w naszym umyśle. Szufladkujemy się w ramy tego, co ktoś przed nami nakreślił. Dorosły, dojrzały człowiek nie jest w stanie otworzyć szerzej swoich horyzontów. Z każdej chwili coś bezgranicznie i bezwzględnie go zniewala, ogranicza. Pęta frustrującej codzienności, szarej rzeczywistości zaginają parol ułudy, że to koniec, że nic więcej nie uda się osiągnąć.

Inaczej jest u dzieci. Młody więc tętniący nadzieją umysł, pełen marzeń i bezgranicznej miłości, zaufania, wiary. Tak brutalnie przez dorosłych hamowany, tak dalece wbijany w przestrzeń stereotypów, frustracji i żelaznych zasad. Po co? By się podporządkował, by nie śmiał marzyć, przestał wierzyć. Wciąż narzucane stereotypy utartych schematów i rozwiązań. Zamykany w ciasnym pudełku tego, co ktoś inny uznał za stosowne i co kiedyś powiedział. Trwałe nie znaczy wcale lepsze, wyraźniejsze czy solidniejsze. Bo i trwałe w świetle upływu czasu przechodzi kiedyś w zapomnienie. Jak odległa myśl, prostota, z którą było komuś dobrze. Z upływem czasu staje się odległa, nienadająca się do odwzorowania pod płynący czas i wieczne zmiany, które dookoła nas następują. Bo nie ma nic bardziej oczywistego niż taki proces. Jak po nocy następuje dzień, jak po deszczu przychodzi czas na słońce, tak i w życiu człowieka następują kolejne, nieuniknione zmiany. Zmienia się jego otoczenie, spojrzenie na świat, uczucia, myśli, wrażenia, dosłownie wszystko. Często bezwiednie, bez jego ingerencji, a wielokrotnie wymuszenia, świadomie podejmowane działania pociągają za sobą kolejne zmiany.

Nie zawsze jest, jak pragniemy, często to co się zmienia, przytłacza nas i powala bezmiarem swojej potęgi, a przede wszystkim w kontekście i znaczeniu tego jak niewiele mamy wówczas do powiedzenia, jak niewiele jesteśmy w stanie zrobić by to, co nas ogarnęło zmiękczyć, poczynić przystępniejszym, łagodniejszym w odbiorze. To wszystko również jest stanem naszego umysłu. Kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna, zwyczajnie jest i tyle. Od nas wyłącznie zależy jakiej rangi temu nadamy. To my decydujemy, czy przyjmiemy to jako problem czy może jako nagrodę. Bez względu na nasz odbiór to zawsze stan łaski, podarunek od wielkiej wszechogarniającej wszystko miłości. Czasem postrzegane jako pomyślny traf, a czasem jak kara od losu. Wszystko rozgrywa się na scenie naszego umysłu i podlega jego ograniczeniom. W zależności jak dalece jesteśmy w stanie pojmować otaczającą rzeczywistość, tak dalece jesteśmy w stanie zrozumieć płynącą z tego co nas spotyka naukę i wyciągać wnioski.

Nic nie dzieje się w naszym świecie bez powodu. Wszystko ma swój początek i koniec, każde zjawisko jest wytłumaczalne jeden konkretny sposób. Miłość. Wszechmocna, wszechogarniająca, nadzwyczajna. Miłość bezwzględna i nie szukająca poklasku, ale zdecydowanie wkraczająca w nasze życie. Miłość wszechobecna, rozumna, żywa. Miłość Stwórcy, czysta, Boża.
Czytaj więcej

Dziś …

Świat, ziemia, bezkres możliwości. Niespokojne oceany, morza, wezbrane rzeki i dostojne szczyty, wzgórza, posępne skaliste urwiska. Niezdobyte pustynie zalegające piaskiem, bezludne kresy arktycznych zasp śnieżnych czy bujne lasy wielkich puszczy. Bogata roślinność i różnoraka zwierzyna. Wszystko skoncentrowane na wielkim globie, którego potęga stanowi dla nas powód do zaparcia tchu w piersi. Widziane jednak z kosmosu, wydaje się być jedynie niewielką piłeczką pośród innych, często od tej większych, rozrzuconych w nieładzie w wielkiej otchłani. Tymczasem dla nas ludzi jest wszystkim. Powietrzem, którym oddychamy, wodą, z której w większości jesteśmy zbudowani i pożywieniem, którego potrzebujemy by przetrwać. Silni i mający świadomość panowania nad zwierzętami, roślinnością i niemal wszystkim co nas otacza, a jednocześnie tak krusi i słabi. Tytułujemy siebie panami ziemi, niszczymy ją, a przy tym ulegamy jej drobnym frustracją, gdy wzbudzi żywioł powietrza, kładąc wszystko co zbudowaliśmy przez długie lata pchając i poniewierając tym z łatwością. Innym razem zalewając rozżarzoną lawą, topiąc wszystko bezlitośnie co spotka na swojej drodze. Czy zaleje wielką falą, pozostawiając za nią jedynie zgliszcza. Tak wielcy i tak mali za razem. Jednak nie mający z pewnością szacunku do bytu na jakim nas osadzono. Niewyrażający wdzięczności za jej owoce, którymi nas karmi i dostarcza, abyśmy mogli żyć lepiej, wygodniej, szczęśliwiej. Niewzruszeni na jej ciche postękiwanie i nawoływania by przestać zwyczajnie ją krzywdzić. Ziemia. Nasza przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wobec której nie mamy litości i nawet przez chwilę nie staramy się jej zrozumieć. Plądrujemy z zapałem wszystkie jej dobra, wyszarpując naturze wszystko co nam się spodoba, nie bacząc nawet czy jest nam faktycznie potrzebne.

Ot zwykła fantazja, że coś chcemy mieć i już po chwili mamy, bez względu na to jaką cenę przyjdzie nam zapłacić. Nie ważne kto przy tej okazji ucierpi ważne, że połechczemy nasze ego. Czy jest to tego warte? Cóż dziś wydaje nam się że tak, kiedyś jednak przyjdzie to ocenić i podsumować komuś innemu. Może naszym dzieciom? Może wnukom? A może jeszcze komuś innemu. Dziś jednak nie zastanawiamy się komu, ważne byśmy mieli to tu i teraz, zadowoleni, pyszni, ciekawi jak wiele jeszcze uda nam się wyszarpnąć dla siebie. Najważniejsze jest tu i teraz. Bez granic, konsekwencji czy świadomości tego co robimy. Działamy. To wszystko.

Życie pędzi do przodu, czas mija nieustępliwie, a my gnuśniejemy w swoich poczynaniach, staraniach, przemyśleniach i działaniach. Twierdząc, że wiemy już wszystko. Uważając się za panów sytuacji i otaczającej nas przestrzeni. W przekonaniu, że wiemy najlepiej i że żadne nauki nie są już nam potrzebne. Zdobywając szczeble doświadczeń każdego dnia na drabinie nieskończonych doznań zarówno psychicznych jak i fizycznych. Żyjąc w zepsuciu odczytujemy je jako coś normalnego, rzeczywistego. Odbierając naszą wolność jako coś dobrego. Szerząc wypaczony obraz tego co zostało stworzone. Uważając, że skoro świat dziś pewne rzeczy dopuszcza i nazywa je głośno po imieniu to są dobre. Żyjąc w tym co wiara katolicka uważa za grzech, ale czując się z tym dobrze i w symbiozie, bo przecież dzisiaj już nikt tego jako grzechu nie odbiera, bo przecież jest na to powszechne przyzwolenie, bo obowiązuje wolność słowa, wyznania, związku i tak dalej i tak dalej. Nie interpretuję, nie krytykuję, nie wyciągam pochopnych wniosków, nie oskarżam, bo to nie moja rola i daleko mi do tego, by to robić. Jednak stwierdzam fakty, obserwując, odbierając sygnały z otoczenia. Żyjemy dziś w wielkim chaosie, w bezmiarze tego, gdzie zostaliśmy osadzeni, kompletnie jednak nie umiejąc z tego korzystać. I choć uważamy, że to nowe trendy są wokół nas, że kiedyś ludzie żyli w zakłamaniu i ciemnocie, nie dopuszczamy do siebie faktycznej myśli, jak bardzo się w tym zakresie mylimy.

To było możliwe zawsze. Już wiele wieków temu funkcjonowały luźne związki, człowiek żył wolno i bez ograniczeń, spożywał alkohol i narkotyki, choć sama nomenklatura powstała hektary czasu później. Już od dawna funkcjonowały homoseksualne związki, jednak nikt się z nimi nie obnosił. Człowiek bał się osądu, zepchnięcia na margines społeczny. Obawiał się inności. Postrzegał samego siebie jako defekt na tle nieskalanej wizji człowieczeństwa. Sam siebie kwalifikował do szufladki inności. Uważał, że to z nim coś jest nie tak i lepiej jak pozostanie w ukryciu, bez afiszowania się z tym czym kieruje się w życiu i co jest dla niego ważne. Miał świadomość na jakich fundamentach stąpa ten świat i rozumiał, że jest chorobą, która go deformuje, zniekształca i powoduje powolną agonię. Jednak za bardzo to wszystko kochał, by poświęcić za kilka chwili wartości budowane prze z lata? Bo cóż za radość płynie z tego, że ktoś zna moje przekonania, jeśli nie wpisują się one w standardy? A nawet nie tyle w standardy co w normalny porządek świata? A przy tym strach, niewyobrażalny lęk, że utraci wszystko co ma, że zostanie odepchnięty na margines społeczeństwa, znienawidzony, szykanowany za swoją inność, odmienność, dziwność. Głęboki dyskomfort tego, że to do niego nie pasuję, że one nie pasuje do otoczenia, że nijak się ma to co robi do tego jak powinien coś zrobić i nic tego nie zmieni. Głęboki żal i tęsknota, za tym co nieosiągalne, bo niezgodne z naturą. A wystarczy zweryfikować, dlaczego jestem jaki jestem, dlaczego wypaczam poczucie dobrego smaku, gestu i niweczę naturalny porządek życia, lat beztroskiej nieważkości, poczucia swobody w tym co czuje. Ludzie współżyli ze zwierzętami, ufali ciemności i zgłębiali wiedzę magiczną. Dziś kotara opadła i cała nagość bezgranicznego bluźnierstwa i brud rzeki naszych przekleństw, chorób, niesmaczności, niewygodnych tematów wylał. Czarną mazią, spienioną na kilka metrów zalewa nasze życie. Choć część z nas wciąż uporczywie nosi na twarzy woal udając, że pewnych rzeczy nie dostrzega. Przyjmując wiele za oczywiste i po prostu zwyczajne. Udając, że choć brodzi w gorącej, palącej lawie, obmywa go spokojny strumyk. Tak oczywisty grzech, jednak postrzegany jest jako coś niewinnego, zwykłe pragnienie spełnienia własnych żądz, marzeń. Dlaczego? Bo kiedyś środowisko temu nie sprzyjało, a teraz w obliczu otwarcia społeczeństwa na te wszystkie bezeceństwa, stać nas na wyznanie prawdy o nas samych? Czym jesteś i kim, że chcesz na nowo wprowadzać porządek w ten świat? Czy wystarczy ci sił aby zmierzyć się z wszystkimi przeciwnościami, by wszystko wyliczyć, wymierzyć, zrozumieć jak ważne jest aby wszystko pozostało w symbiozie? Nie można żyć tylko chwilą, trzeba mieć prze oczyma koniec wszystkiego co zaczynamy. Ten świat nie jest tylko nasz. Żyją na nim miliardy stworzeń i naturalny bieg życia jest połączony pośród nich niewidzialną nicią. Nie może być tak że mężczyzna kocha mężczyznę i pożąda jego ciała, podczas gdy pies atakuje innego psa pragnąc wyłącznie suki. To naczynia powiązane, jak w budowie misternego, skomplikowanego organizmu. Tu wszelka odmienność jest chorobą, defektem, wobec którego sam organizm podejmuje środki zaradcze, zwalczając jego inność. Tak aby wszystko wróciło do normy.

Życie w zakłamaniu i pewności o własnej zajebistości (jak to się przyjęło powszechnie obecnie nazywać) utwierdza nas w przekonaniu, że to co robimy zawsze jest dobre. Wystarczy, że na to odpowiednio spojrzymy. Bo przecież jaki w tym problem, że kobieta współżyje z osłem goniona potrzebą ulgi w niepochamowanej żądzy spełnienia seksualnych doznań? Jaki problem w tym, że zażywamy masę chemii, by uniknąć niechcianej ciąży? Cóż takiego się dzieje, że mężczyźni penetrują penisami swoje odbyty? Przecież jeśli jest dziura to można włożyć w nią kij. Nikt nie myśli w takiej chwili, że kilka pokoleń później z tego powodu narodzi się zniekształcone dziecko, niezdolne prawidłowo funkcjonować. Nie zastanowi się nad tym, że wykreował właśnie nowy związek chemiczny powodujący zrodzenie się nieznanej dziś choroby mającej ciężkie powikłania. Bo przecież co nie jest zabronione jest dozwolone, a owszem. Nasze poczucie bezgranicznej wolności przysłania nam świat do tego stopnia, że budzimy się później z ręka w nocniku. Dlaczego świat powstał tak, że mamy i ląd, i wodę? Przecież, gdyby wszystko było bez znaczenia moglibyśmy mieć skrzela i wszyscy brodzić w wodzie. Każdy szczegół tego świata został misternie zaplanowany, przemyślany w najdrobniejszych szczegółach i opisany tak, aby nikt nie miał wątpliwości co do czego służy. Jednak my wciąż znajdujemy nowe funkcjonalności, pusząc się, że coś się udało i można to powielać, bo świat się z tego powodu nie zwalił … nic bardziej mylnego. Wszystko do nas z czasem wróci, to jedynie kwestia mijających lat, dekad i wieków …

Z pokolenia na pokolenie wykorzeniamy coraz więcej wartości, czegoś czym szczyciła się niegdyś ludzkość. Gdzie pilnowano by odmienność nie rzucała się w oczy. Dziś niemal trendem jest prześciganie się w prezentowaniu kiedyś tajonych przed światem zachowań i sposobu życia. Przez krakowski rynek nie przejdziesz spokojnie skupiony na wartościach sztuki, bo twój wzrok przyciągają mężczyźni w strojach kobiet i inne podobne obrazy kiedyś widoczne jedynie w występach kuglarzy, dziś tak powszechne i akceptowane. Naturalnie mamy wolność słowa, myśli i czynu. Pewnie, że ją mamy, ale czy właściwie z niej korzystamy? Wiele osób może poczuć się dotkniętych tym co tutaj znajdą, tylko czym można poczuć się obruszonym? Faktami? Tym jak dalece nasz świat toleruje coś, co kiedyś postrzegano jako nieakceptowalną odmienność? Mamy wolność, pełną i nieskalaną i tylko od nas zależy jak z niej korzystamy. Nie oceniam i nie szykanuje, korzystajmy z niej dowolnie, ale miejmy przed oczyma koniec. Bądźmy świadomi swoich wyborów, bo wcześniej czy później każdy z nas będzie z nich rozliczony. Na koniec dnia wszyscy jesteśmy równi i wszyscy podlegamy tej samej ocenie i analizie życia. Wówczas nie liczą się upodobania czy preferencje, a czyny. To co udało nam się osiągnąć dobrego, ile dobra wlaliśmy w ten świat, ile miłości udało nam się przekazać i w jaki sposób oraz jak to zaowocowało.

Wielokrotnie słyszymy słowa „ten świat zwariował”, nie, nic bardziej mylnego, to nie świat, to ludzie. Tylko oni są zdolni do szaleństwa. Ono również może mieć różne oblicza. Można bowiem szaleć ze szczęścia, cieszyć się życiem i czerpać z niego garściami. Wszystko to co mamy otrzymujemy jako łaskę. Jeśli do dziś myślałeś, że to co masz wypracowałeś sobie samodzielnie, to zweryfikuj, ile w tym było Twojej rzeczywistej pracy, a ile tak pięknie przez nas tytułowanego zrządzenia losu. Czy wszystko wynika z pracy Twoich rąk? Czy wszędzie dostrzegasz wyłącznie swoje działania? Czy każdego dnia pracujesz jednako intensywnie? Pełną parą? Czy każda sekunda Twojego życia jest wykorzystana efektywnie? Nie mówię tu o skuteczności, bo to nie jest to samo. Można działać efektywnie, ale nie być skutecznym z powodu innych przeciwności, które to hamują, ale można być również skutecznym działając nieefektywnie. Wystarczy, że jedna decyzja spowoduje skuteczne domknięcie tematu, a pozostała godzina będzie wypełniona błogim lenistwem i już czujemy jak bardzo niezastąpieni i doskonali jesteśmy. Często popadamy w pułapkę własnej pychy. Żyjemy chwilą i nie bardzo zastanawiamy się co będzie jutro, za tydzień, miesiąc czy rok, a co dopiero mówić za kilka lat. Liczy się tu i teraz. Ha. Nic bardziej mylnego. To złudne zachłystywanie się dzisiejszym sukcesem i poczuciem, że dokonaliśmy już w życiu wszystkiego co mogliśmy, jest największą krzywdą jaką sobie zadajemy. To wróci do nas, a do czasu jak to się stanie nabierze takich rozmiarów, że skala powrotu nas bezwzględnie przytłoczy. Ciężko podnieść się z ziemi po dotkliwym upadku. Działając ciągle, stale i niezmiennie mając przed oczyma coraz to dalszy cel, działamy owszem w trudzie, ale jednocześnie wszelkie potknięcia mają mniejszą skalę i gwarantują szybkie powstanie. Nigdy zatem nie warto chełpić się sukcesem zbyt długo. Życie jest jak sinusoida, raz w dołku, raz na szczycie. Najważniejszym jest by będąc na tym szczycie nie obnosić się sukcesem, ale z pokorą spojrzeć w tył na trud jakiego wymagało wspięcie się na szczyt. A wówczas bogatsi o to doświadczenie powinniśmy spojrzeć w przestrzeń przed nami i zastanowić się jak zaplanować działania w czasie i co ze sobą zabrać w podróż na kolejny szczyt. Zebrać w sobie wystarczającą ilość odwagi, siły i samozaparcia, by wystarczyło nam na przetrwanie w dole, który nieuchronnie już wkrótce nastąpi i na to, by ponownie podjąć wędrówkę na kolejny szczyt naszej życiowej sinusoidy.

Wszystkie nasze doświadczenia mają w sobie zaszytą naukę. Ich celem jest dokształcenie nas w tym na czym polega sztuka wyboru, bo wybór zawsze jest nasz. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Takie jest zawsze. Jednak nikt nigdy nie mówił, że jest ono zgodne z naszymi oczekiwaniami. Życie potrafi nas bardzo dotkliwie doświadczać. Otwiera przed nami czeluści tego czego większość z nas o ile nie wszyscy wolelibyśmy uniknąć. Jednak to co jest dla nas przeznaczone jest nieuniknione. Każde doświadczenie życiowe należy zatem analizować. Weryfikować, czy zrobiliśmy wszystko by zakończyć je powodzeniem, zweryfikować krok wstecz, czy dokonaliśmy oby to najlepszego wyboru i jak zachować się teraz by tego już przykładowo depresyjnego stanu nie pogłębić. Czasu nie cofniemy, z tym nie wygramy. Jednak tylko od nas zależy jak dalece wyciągniemy już teraz naukę z przeszłości i przekujemy ją na właściwe zachowania przyszłe.
Czytaj więcej